środa, 20 lutego 2013

Rozdzial 9

Obudzilam sie z dziwnym metlikiem w glowie. Nie wiem, ile spalam, jednak za oknem slyszalam gwar dnia. W pokoju nie bylo zapalonych swiec a pomimo to wszystko bylo dobrze widoczne, najwyrazniej noc juz minela i przywitala swojego zmiennika. Podnioslam sie spokojnie, jednak szybko opadlam na poduszke czujac tepy bol w glowie. Jakby cisnienie wbijalo sie do niej i sciskalo z calej sily czaszke miazdzac mozg. Jeknelam cicho trzymajac sie za skronia.

- Wypij to. - uslyszalam glos nad soba. Z trudem otworzylam oczy. Blondyn stal przede mna, wygladal na niewyspanego i zmeczonego. W dloni trzymal kubek, z ktorego wydobywala sie niebieska para.

- Co ty mi zrobilesz? - szepnelam. Obrazy wieczoru powoli wracalu do mojej glowy. Azkaban, klotnie i...ciemnosc.

- Ogluszylem cie. - odpowiedzial bardziej sam do siebie niz do mnie. Jakis okropny pisk przeszyl moje uszy. Krzyknelam zakrywajac sie zniszczonym kocem. Moje serce wyskakiwalo mi z piersi, jakby cisnienie przekraczalo wszelkie granice swojej skali. Oczy piekly niebezpiecznie. - Hermiona... - poczulam ciezar obok siebie. - Prosze, wypij to. - Odkrylam glowe mrozac go wzrokiem.

- Nie wystarczy ci twoj wieczorny popis? Chcesz mnie jeszcze otruc? - warknelam zaciskajac zeby. Chlopak wygladal okropnie, co tylko mieszalo mi w glowie.

- Rzucilem na ciebie Fuga Mundi (odwrocenie od swiata dop.)

- Co?! - wrzasnelam duszac sie. Fuga Mundi bylo jednym ze starych, nieuzywanych od lat zaklec. Czytalam o nim kiedys, podobnie jak Teastrale moze widziec ktos, kto przezyl czyjas smierc, tak owe zaklecie aby dzialac wymagalo konkretniejszej zaplaty. Wlasnej smierci. Jezeli ktos chociaz na chwile znalazl sie po drugiej stronie dostawal je...w prezencie, jezeli tak to mozna ujac. Usypialo ono przeciwnika mroczac jego dusze. Z dnia na dzien stawal sie on coraz bardziej martwy az w koncu przemienial sie w cien samego siebie. 

- Musisz to wypic. - przysunal do mnie kubek.

- Co to? - spytalam wystraszona.

- Wywar szczescia. - odpowiedzial bezemocjonalnie.

- Jak mogles mi to zrobic? - jeknelam czujac powracajacy bol glowy. - Kurwa, Malfoy. - pisnelam zamykajac z calej sily oczy. - Czym ty do cholery jestes? - pluca zaczely walczyc o powietrze, ktore z trudem im udostepnialam. Na dodatek ten pisk...ten cholerny pisk przerodzil sie w czyjs krzyk. Po chwili zrozumialam, czyj. Moj.

- Wypij to, do cholery! - wrzasnal blondyn odrywajac moje dlonie od twarzy. Lzy moczyly mi policzki. - Kurwa, blagam, Granger. - warknal przez zacisniete zeby. Nie wytrzymalam, chwiejnie chwycilam kubek i wlalam w siebie cala zawartosc. Miala smak wisni, dziwnie slodkich i smierdzacych. Zrobilo mi sie goraco, jakbym wskoczyla do kominka. Wstalam natychmiast biegnac do okna, ktore otworzylam z impetem. Lapiac swieze powietrze trzymalam sie kurczowo framugi. Deszcz obmywal moja twarz. Swiat powoli nabieral ostrosci. Oddychajac glebiej usiadlam na podlodze opierajac sie plecami o sciane. Dziwny spokoj ogarnal mnie cala.

- Nie chcialem tego. - chlopak podszedl do mnie klekajac przy kolanach. - Nie chcialem cie skrzywdzic, nawet nie wiesz ile zasad zlamalem, zeby znalesc lekarstwo. Przeteleportowalem sie az do Chin.

- Problemem nie jest to, Draco. - powiedzialam nostalgicznie. Patrzyl na mnie uwaznie. Kontynuowalam wiec. - Problemem, tym prawdziwym jestes ty caly. Odrzucasz swiat, wiec i on odwraca sie do ciebie. Pomimo mozliwosci, ktore posiadasz wolisz wmawiac sobie wlasne ubezwlasnowolnienie. Zwykla wygoda. Na dodatek nie doceniasz ludzi, ktorzy jeszcze chca widziec w tobie cos wiecej niz rasistowskiego dupka owladnietego mania czystej krwi i sluzby Czarnemu Panu. - pomiedzy nami zapadla cisza. Chlopak nie wykazywal zadnych emocji dalej przygladajac sie mojej twarzy. Eliksir najwyrazniej zadzialal, gdyz spokojnie wytrzymalam jego spojrzenie. Przy okazji przyjrzalam sie dokladnie jego budowie. Zaczynalam rozumiec co widzialy w nim dziewczyny z Hogwartu. Mial w sobie jakas potege, nieodgadniona i przyciagajaca niczym magnes. Wystarczylo spojrzec w te oczy, aby zatracic sie w nich na wiecznosc. Idealny nos, ostra szczeka, usta wyginajace sie machinalnie w szyderczym usmiechu. Natura dala mu ogromna bron w postaci ciala. Westchnelam cicho i wstalam zamykajac okno.

- Jestem glodna. - przyznalam.

- Przynioslem ci kanapke. - odpowiedzial unoszac lekko brew.

- Hm? - popatrzylam na niego zaskoczona.

- Wegetarianska. I kawa. - wzruszyl ramionami. Dopiero wtedy zauwazylam, ze jego biala koszula jest pobrudzona od ziemi w kilku miejscach, oczy podkrazone a na brodzie pojawial mu sie juz lekki zarost dodajac charakteru.

- A ty? - spytalam. - Jadles cos?

- Umiem o siebie zadbac. - odparl wymijajaco.

- Nie mysl, ze zalezy mi na twoim zdrowiu. Po prostu chce odnalezc Ginny a ty jestes mi do tego potrzebny. - mruknelam podchodzac do szafki na ktorej lezala zawinieta w papier kanapka i kawa na wynos. Usmiechnelam sie mimo woli, kochalam kofeine. Smialo moglam przyznac, ze jestem od niej uzalezniona.

- Naprawde uwazasz, iz jestem jak moj ojciec? - spytal niemrawo siadajac na swoim lozku. Po raz kolejny mnie zaskoczyl. Usiadlam wiec na swoim poslaniu dzieki czemu znajdowalismy sie w sumie przed soba. Oparlam sie wygodnie o sciane.

- To zalezy. - przyznalam. - On juz podpisal swoj cyrograf.

- Co masz na mysli?

- Dobrze wiesz. Siedzi w Azkabanie. Nie bez winy, jego sumienie tam ozyje. Twoje najwyrazniej jeszcze nie wymarlo.

- Lubisz wierzyc w ludzi. - zakpil. Brzmialo to jednak mniej szyderczo niz zwykle.

- Lubie ich poznawac. - przyznalam. - Czasami moga mnie zaskoczyc.

- Albo zabic. - spojrzal w okno. Podarzylam wzrokiem za nim. Deszcz mieszajac sie ze sniegiem moczyl cala okolice nadajac jej senny nastroj.

- Albo i tak... - westchnelam.

- Kim ty jestes, Granger? - warknal nagle.

- Co masz na mysli? - zwrocilam sie do niego zaskoczona.

- Wystarczyly dwa dni, zebys mnie przyswoila. Tylko dwa dni, kiedy nienawidzilismy siebie nawzajem przez lata. - opadl na lozko kryjac twarz w dloniach.

- Moze to nie trwa od tych dwoch dni? - zauwazylam.

- Moze...

Nie odzywalismy sie do siebie przez nastepne godziny. Po zjedzeniu sniadania wyjelam z torby kilka ksiazek i pograzylam sie w nauce. Malfoy co jakis czas podchodzil do okna zapalajac papierosa i wpuszczajac do pokoju chlod. Nic jednak nie mowilam, eliksir wywolal u mnie dziwny spokoj i brak ochoty do sporow. Nawet Historia Magii wydawala mi sie czyms radosnym. Wertujac kolejne strony uswiadamialam sobie ile dzialo sie w czasach o ktorych nawet nie mialam pojecia. Walki zapomnianych klanow, poszukiwania substancji przywracajacych zycie, dajacych wieczna mlodosc, zabijajacych milosc. Wszystko, do czego doszlismy oparte bylo na wiekach pracy i poswiecen. Podobnie jak powstawanie nowych grup spolecznych i odrzucanie wielu stereotypow. Dzisiaj moglismy spokojnie zakupic rozczki na Pokatnej, dawniej wyrabiano je w podziemiach ukrywajac sie przed oczami krolow i cesarzy. Cala struktura swiata magii powstawala z rozlanej krwi i potu. Niezwykle.
Kiedy zegarek na mojej rece ukazal godzine czternasta ktos zapukal do drzwi. Wyrwana nagle z zamyslenia spojrzalam wpierw na nie a potem na mojego wspollokatora. Ze zdwojona czujnoscia podszedl do nich i uchylil oceniajac, kto zaklucil nasz spokoj.

- Ja do zielarki. - uslyszalam melodyjny glos Jamesa. Natychmiast podbieglam do Malfoya otwierajac drzwi szerzej. Mezczyzna stal na korytarzu ubrany w fioletowy garnitur, okulary z zielonymi szklami i standardowo - melonik.

- Wejdz. - zaprosilam go odsuwajac sie do srodka. Wilkolak wszedl do srodka trzymajac w dloni skorzana teczke.

- Mam dla was kilka informacji. - odparl siadajac na krzesle przy oknie.

- Jak nas tutaj znalazles? - spytal Draco podejrzliwie.

- Powiedzmy, ze was wyweszylem. - usmiechnal sie informator. - I nie tylko was. Poszukiwanych rowniez. Co prawda nie bylo to proste, zaszyli sie w dosc...cuchnacym miejscu i uwierzcie mi, nawet bezdomny nie chcialby tam nocowac, ale oni najwyrazniej nie maja z tym problemu. - siegnal do swojego bagarza i wyjal z niego kilka kartek spietych w jednym rogu. - Tutaj macie adres, nie moge was zapewnic, ze sa tam nadal. Swoje zadanie jednak wypelnilem. - podeszlam do niego zabierajac dokumenty. Byla wsrod nich mapa z zakreslonym w czerwonym kolku miejscem. Do tego sprawozdanie z przeprowadzonego sledztwa.

- Dziekuje za pomoc. - odparlam podchodzac do swojej torby. Wyjelam z niej dwa eliksiry, ktore mialy sluzyc za zaplate. James wzial je z usmiechem na twarzy i bez slowa wyszedl z pomieszczenia. Znow zostalismy sami. Malfoy stal pod sciana przygladajac sie przyniesionym przez mezczyzne papierom. Nie wygladal na zadowolonego.

- Co sie dzieje? - spytalam podchodzac do niego. Pokrecil przeczaco glowa.

- Jak moglem o tym nie pomyslec? - mruknal bardziej sam do siebie.

- Konkretnie. - zazadalam.

- To dawne miejsce kultu. - odparl. - Bedac tam twoja magia wzrasta wielokrotnie, ukrywano tam kiedys czarownice, aby uchronic je przed stosem.

- Czytalam o takich miejscach. - przyznalam. - Nie dostaniemy sie tam bez ich zaproszenia.

- W tym problem. - rzucil kartki na lozko i znow podszedl do okna. Nie otworzyl go jednak. - Jezeli wrocimy teraz do
Hogwartu moga nam uciec. Blaise napewno znalazl kilka takich miejsc, sa ze soba polaczone przenosnikami niewidocznymi dla Ministerstwa.

- Musimy wrocic, inaczej dowiedza sie, ze zniknelismy i zaczna cos podejrzewac. To raczej bedzie znaczace, jezeli oboje rozplyniemy sie w powietrzu.

- Wiem. - przyznal. - Wroc do szkoly, ja sie tym zajme. - zakomunikowal.

- Nie ma takiej opcji. To ja pozwolilam Ginny odejsc, nie zrobie tego po raz drugi. - zapezylam sie.

- Blaise jej nie skrzywdzi. On ja kocha. - powiedzial z niesmakiem. - Weasley widocznie tez cos od niego chce, skoro na to poszla. Dam sobie rade sam, ale ktos musi sprawiac pozory. - patrzylam na niego przez chwile. Byl pewny siebie i to denerwowalo mnie najbardziej.

- Jesli to prawda, to nie pozwoli ci tak po prostu do nich przyjsc. Predzej Ginny wpusci mnie. - zauwazylam trafnie. Nie odezwal sie znow wbijajac wzrok w przestrzen za budynkiem. Chcialam poznac jego mysli, mowil tylko zdawkowo o tym, co chodzilo mu po glowie. Wiedzialam jednak, ze nie pozwoli mi tak latwo w nie wtargnac. Mialam juz dosyc walki z chlopakiem jak na jadna dobe. Wrzucilam wszystkie rzeczy do torby i wyjelam z niej czysty sweter. Spodnie byly juz suche, wiec zabierajac potrzebne mi artefakta zniknelam za drzwiami lazienki doprowadzajac sie do stanu uzytecznosci. Zdziwilam sie, gdy w lustrze ujrzalam swoje odbicie. Bylo jakby cieplejsze, radosniejsze. Magia czyni cuda. Pewniejsza siebie wyszlam zamykajac za soba wejscie do komnaty kafelek.

- Jedzmy teraz do nich. Moze uda sie cos zdzialac. - zaproponowalam. Draco pokiwal tylko glowa spodziewajac sie zapewne takiej odpowiedzi.

Mugole przemieszczaja sie w dosc prymitywny sposob. Ich srodki komunikacji najwyrazniej wiecznie sa zatloczone i na dodatek przybywaja o zupelnie innych porach niz powinny. Pomimo to po niecalej godzinie znalezlismy sie na obrzezach miasta. Deszcz przestal padac, wiatr jednak nadal wial zaciecie. Granger trzymajac sie za ramiona rozgladala sie na boki kiedy wkroczylismy na puste pole. Prawdopodobnie i ona poczula cos dziwnego, ciezkiego w powietrzu. Niewidocznego dla mugolskiego oka, ale dla nas dostrzegalnego i odstraszajacego.

- Jak porozumiec sie z nimi? - spytala rozgladajac sie wokol.

- Trzeba ich do tego zmusic. - odpowiedzialem znuzony. Wkurwialy mnie te wszystkie gierki. Musialem jednak dopasc Blaise'a i zabrac od niego swoja wlasnosc. Swiadomie mi ja odebral chcac zniszczyc caly plan. Sa sily, ktore nawet dla niego stanowia wyzwanie. Jedna z nich jestem ja.

- Jezeli trzasne jakims zakleciem przed siebie, to pomoze? - znow zwrocila sie do mnie. Miala zaczerwienione policzki od chlodu. Jej wlosy unosily sie w roznych kierunkach. Cos w moim wnetrzu chcialo moc tak na nia patrzec bez konca. Otrzasnalem sie jednak szybko karcac za tak absurdalne mysli. Ona i tak byla juz martwa.

- To nic nie da. Potrzebujemy czegos konkretniejszego. - rozejrzalem sie wokol. W oddali ujrzalem skupisko przemoknietych drzew. - Podpale je.

- Co? - warknela. - Chcesz ich zabic? - popatrzylem na nia poblazliwie.

- Granger, ogien im nie zagrozi, jednak na bank wyjda z kryjowki.

- To bez sensu. Jezeli maja mozliwosc przeniesienia sie z jednego kominka do drugiego, to po prostu to zrobia. Ogien jedynie ich odstraszy a my znowu bedziemy bez zadnych danych. - zauwazyla.

- To sama cos wymysl. - jeknalem zirytowany. Czy ona zawsze musi zauwazac rzeczy, ktore tylko wszystko komplikuja? Dziewczyna znow obejrzala sie wokol siebie. Widzialem zamyslenie w jej oczach. Chcialem zajrzec do glowy Gryfonki i wyczytac jej mysli. Z drugiej strony tym razem zeby ja obezwladnic musialbym chyba trzasnac Granger avada.

- Wiem! - jej wzrok nagle wbil sie w moje oczy. To podekscytowanie, nikt nie potrafil az tak go ukazywac jak ona. Na dodatek bylo to dziwne, obce, przyjemne... - Chroni ich pole, prawda?

- Yhym. - przytaknalem.

- No wlasnie! Pole to nic innego jak skupisko energii. Jezeli chcesz sie jej pozbyc to masz dwa wyjscia. Wchlonac ja...nie wiem, w proznie, albo wytworzyc inne pole. Niekoniecznie wielkie w rozmiarach, ale na tyle silne, aby moglo cie przepuscic tworzac wokol ciebie jakby banke. Fakt, jest to niebezpieczne. Jezeli chociaz na chwile oslabimy swoja moc to zostaniemy zwyczajnie zgnieceni przez grawitacje, ale to chyba jedyna mozliwa dla nas opcja. - zaskoczyla mnie. Nie moglem tego ukryc, bo po raz kolejny udowodnila, ze jej slawa jest prawdziwa. Ona ma po prostu umysl o nieograniczonych mozliwosciach.

- Jak je wywolamy? - spytalem przechylajac lekko glowe. Znow zamyslila sie na chwile. Nie trwalo to jednak dlugo. Zdjela rekawiczke z jednej dloni i wyciagnela ja do mnie.

- Spokojnie, nie oszlamisz sie. - dodala z gorycza. Najwyrazniej eliksir tracil swoja moc.

- Irytujesz mnie, Granger. - warknalem. Pokrecila tylko oczami. Na dowod zamknalem jej dlon w silnym uscisku.

- Dobra, zrobimy tak. Ty zrobisz jej zarys a ja je wypelnie. - najwyrazniej widziala moje powatpiewanie. - Zaufaj mi. - dodala z sila. Westchnalem tylko skupiajac sie. Zbierajac w sobie cala sile umyslu jaka posiadalem wypuscilem z siebie srebrna poswiate. Silna i stanowcza. Utworzyla konkretny zarys tarczy otaczajacej nas i ochraniajacej przed niechcianymi czynnikami. Dziewczyna zamknela oczy. Z jej ciala zaczela wydobywac sie polyskujaca zlotem mgla. Ciepla, uspokajajaca. Pachniala nia wrecz. Otoczyla nas szczelnie. Poczulem sie razniej, szczesliwiej. Taka wiec byla Granger. Wypelniona miloscia.

- Prowadz mnie. - szepnela. Scisnalem mocniej jej dlon idac przed siebie. Caly czas kontrolowalem swoja energie. Nie minela chwila gdy cos ciezkiego otoczylo nas ze wszystkich stron. Zloty pyl zaczal blednac.

- Nie boj sie. - przygarnalem dziewczyne do siebie. - Oboje chcemy przezyc, damy rade ale musisz wytrzymac. Wiem, ze czesto tracisz wiare w siebie, ale w tym momencie ja w ciebie wierze. Zrob to samo, Hermiono. - ciepla mgla znow zaczela wypelniac przestrzen. Stala sie jeszcze przyjemniejsza niz wczesniej. Zaskoczylo mnie to, moje slowa podzialaly chociaz nie zastanawialem sie nad nimi. Bylem po prostu szczery.

- Chodzmy. - usmiechnela sie lekko nie otwierajac oczu. Ruszylem przed siebie nie puszczajac jej dloni. Pole wokol nas przybieralo na sile uciskajac umysl. Nie moglismy jednak sie poddac, nie w momencie, w ktorym bylismy tak blisko celu. Zalala nas glucha cisza dudniaca w uszach. Rozgladalem sie na boki starajac dostrzec jakikolwiek znak Zabiniego. Ukryl sie jednak dobrze, jak na niego przystalo. Dlugo czynil plany. Chcial uciec od dawna przed swoim przeznaczeniem. Jego zycie, podobnie jak moje, nie nalezalo do niego. Zdawal sobie z tego sprawe a pomimo to wszystko komplikowal. Zatrzymalem sie na chwile skupiajac na widoku przed soba. W oddali zamajaczyla mi postac wielkiego, drewnianego budynku. Niestety, to z czym sie zmagalismy nie bylo jedyna przeszkoda. Dom bowiem otaczala fosa. Jedynym przejsciem byl niepewny, wiszacy most. Znow popatrzylem na Granger.

- Mamy problem, ale nie panikuj. - szepnalem ignorujac rozsadzajacy bol czaszki. - Przed nami jest wielka dziura i kawalek drewna. Przejdziemy po nim, tylko nie rob zadnych chaotycznych krokow.

- Pospieszmy sie. - jeknela cicho. Dopiero wtedy zauwazylem, ze zrobila sie blada. Scisnalem mocniej jej dlon kierujac sie przed siebie. Mokra trawa zaczynala rzednac na rzecz czarnej ziemi. Tak, jak sie tego spodziewalem urwisko konczylo sie stromo i ukazywalo otchlan, ktorej podloza nie bylem w stanie dostrzec. Prawdopodobnie upadek zajalby wieki i predzej umarlibysmy ze starosci, niz dotkneli konca. Zdeterminowany wkroczylem na niepewny most. Zakolysal sie gwaltownie pod naszym ciezarem. Cofnalem sie natychmiast obkrecajac Granger wokol siebie i chowajac w ramionach. Dyszala cicho.

- Zrobimy inaczej. - scisnalem ja mocniej, gdyz chroniace nas pole zaczelo uginac sie pod ciezarem sily, jaka na nie napierala. - Wezme cie na rece. - pokiwala glowa zgadzajac sie. Kolejna twarz dziewczyny. Ostatkiem sil podnioslem ja tak, aby nie puszczac dloni Gryfonki. Byla lekka, co ulatwialo sprawe. Ociezale ruszylem przed siebie znow wchodzac na rownie pochyla. Stanalem na chwile lapiac rownowage. Granger ufnie schowala twarz w mojej szyi.

- Ufam ci. - szepnela. Poczulem w sobie nieopisane cieplo, jakby ktos wlal we mnie eliksir rozgrzewajacy. Szybko zrozumialem, co to bylo. To ona. A raczej resztki sil, jakie miala. Nie moglem sie poddac, musialem pokonac ten cholerny most, albo zginelibysmy niechybnie. Zrobilem kolejny krok, potem nastepny, jeszcze jeden. Nie myslalem o niczym innym jak celu, ktory byl coraz blizej. Drewniane szczeble przeswitywaly odbierajac resztki pewnosci siebie, jednak nie moglem przestac. Cos w srodku napedzalo mnie do dzialania. Jedyne, czego pragnalem do przetrwac i zabrac dziewczyne w bezpieczniejsze miejsce. Samego mnie to zaskakiwalo, ale rozmyslania o tym pozostawilem na pozniej. Gdy znalezlismy sie na srodku przejscia otaczajace nas pole zniknelo. Zareagowalismy na to natychmiast oddychajac gleboko. Granger otworzyla oczy patrzac na mnie wyczerpana. Wygladala jak cien czlowieka, wrecz przelewala sie w dloniach.

- Nie patrz w dol. - zastrzeglem wykonczony. Nie odpowiedziala nic znow chowajac sie w mojej szyi. Czulem jej oddech na swoim karku. Wywolywal u mnie dreszcze...podniecenia.

Potem wszystko potoczylo sie natychmiast. Most zakrecil sie wokol wlasnej osi i oboje zdezorientowani ledwo zlapalismy sie poreczy zrobionej z grubej liny. A raczej ja, w ostatniej chwili bowiem zlapalem dziewczyne za reke. Wystraszona krzyknela patrzac w przestrzen pod nami.

- Draco! - popatrzyla na mnie przerazona.

- Trzymaj sie. - warknalem przez zeby spinajac w sobie wszystkie miesnie, aby tylko wciagnac nas spowrotem. Lina bolesnie wbijala mi sie w dlon przebijajac ja powoli. Pot oblewal moje cialo, jednak musialem dac rade. Nie moglem sie poddac, nie bedac tak blisko.

- Draco! Magia tu nie dziala! - jeknela trzymajac w drugiej dloni rozczke. Kurwa, tego brakowalo. Zdani jedynie na nasze ciala i umysly. Bylismy bez szans. Granger zaczela zeslizgiwac sie z mojej dloni. Zlapalem ja mocniej, jednak nic to nie dalo. Zaczela opadac w przepasc.

Krzyknelam czujac otaczajacy mnie podmuch powietrza. Chlostal cale moje cialo niemilosiernie. Zamknelam oczy czujac, ze serce zaraz peknie ze strachu rozbryzgujac sie na miliard kropli. Cale zycie ukazalo sie w moim umysle. Krzywdy matki, pierwsze spotkanie z McGonagall i poznanie prawdziwych przyjaciol, ekscytacja zwiazana z magia, pierwszy pocalunek po balu z okazji wiosny, zatroskana twarz Draco...Nagle silne ramiona oplotly mnie w swoim uscisku. Otworzylam szybko oczy. Malfoy przycisnal mnie do siebie tak mocno, ze az nie moglam oddychac.

- Wybacz. - szepnal. Wpilam sie w jego usta nie myslac juz o niczym. On zrobil to samo pozwalajac nam na smierc...

Dziekuje za komentarze. Ciesze sie, ze ktos jednak czyta moje wypociny;)

6 komentarzy:

  1. Boże,jaki piękny koniec! Musisz jak najszybciej dodać kolejną część! Czekam :D
    I świetny look bloga zrobiłaś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Koko ma rację, wstawiaj jak najszybciej następny rozdział, bo zwariuję z niepewności!
    Mam nadzieję, że dalej wena będzie przy Tobie trwać, bo razem stanowicie idealny duet (haha te moje poetyckie komentarze).
    Pozdrawiam,
    Czekam,
    oraz życzę -jak zawsze- weny ;p
    Twoja Joni :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje, ze czytasz to opowiadanie:)

      Usuń
    2. To ja dziękuję, że je piszesz! :*

      Usuń
    3. Kolejna czesc ukaze sie jakos w czwartek:)

      Usuń
  3. Cudowne! To w całości opisuje tan rozdział.
    Jeśli chcesz to zapraszam do mnie :) http://67igrzyskaoczamijulites.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń