wtorek, 12 lutego 2013
Rozdzial 5
Wiesc o tym, ze siostra Rona zaginela rozniosla sie w zastraszajacym tempie. Szukali jej wszyscy, przetrzasnieto cala szkole, zawiadomiono odpowiednie wladze i wszystkich przepytano na temat wiedzy o dziewczynie. Jak sie okazalo, Blaise rowniez zniknal bez sladu. Po tym, jak przyznalam McGonagall, ze oboje spotkali sie przed wejsciem po pokoju wspolnego okreslono go jako porywacza. Rodzice Ginny zalamali sie po utracie corki, jednak dzielnie pomagali w poszukiwaniach. Rozwiesili ogloszenia i nadali powiadomienie do Proroka, ktory z racji na zastoj z informacjami przyjal ten temat jako dar losu i codziennie ukazywal nowe pogloski na temat mojej przyjaciolki. Ja sama bylam strzepkiem nerwow, czulam ze to po czesci i moja wina. Nie powinnam bylam zostawiac jej samej ze Slizgonem, im nie mozna ufac. Harry zniknal na miesiac ze szkoly wyruszajac na poszukiwania, nie pytal sie nikogo o zdanie w tej kwestii, zostawil jedynie wiadomosc na swoim lozku. Dyrektor szkoly sam zaangazowal sie we wszystko i osobiscie nadzorowal wszelkie akcje poszukiwawcze. Ja i Hannah ciagle przesiadywalysmy w bibliotece w celu znalezienia jakiegos zaklecia, ktore pomoze nam odnalez Weasley. Niestety, zadno nie skutkowalo. Prawdopodobnie byla pod oslona tak silnej magii, ze sam Voldemort nie moglby jej znalezc. Najgorsze bylo jednak oczekiwanie. Kazdego dnia z napieciem czytalam kolejne wydania Proroka, ktore pomimo krzykliwych tytulow nic nie wyjasnialy. Od tej sytuacji zaczela sie tez moja prywatna tragedia.
Siedzialam w sowiarni wysylajac kolejna wiadomosci do Ginny. Wierzylam, ze moze ta do niej dotrze, poniewaz inne powracaly po kilku dniach udowadniajac mi, ze jest ukryta bardzo dobrze i nawet sowy nie sa w stanie jej odnalezc.
Prosze, Ginny. Daj mi znac, ze zyjesz!
H.G.
Pozwolilam puchaczowi uleciec niosac kolejne strzepki mojej nadziei. Chodzily poglosy, ze ruda moze juz nie zyc, ja jednak czulam, ze gdzies tam jest. Ukryta przed prawda.
- Musimy porozmawiac. - z zamyslenia wyrwal mnie lodowaty glos mezczyzny. Obrocilam sie natychmiast zla, ze nie zauwazylam wczesniej jego obecnosci.
- Czego chcesz? - spytalam.
- Blaise jest niewinny. Ma wiele na sumieniu, ale nie skrzywdzilby Weasley. - odparl pewnie.
- Skad ta pewnosc? - staralam sie patrzec mu w oczy, chociaz czulam, jakby kazda moja komorka zamarzala pod ich wplywem.
- Znam go. Nie musisz mi wierzyc, ale on traktowal ja powaznie. Odradzalem mu to, jednak Diabel nie mial w naturze sluchac innych. Musze go odnalezc, ale nie znam mugolskiego swiata. Tobie zalezy na rudej, widze to, wiec pomozesz mi. - rzucil opierajac sie nonszalancko o framuge. Patrzylam na niego przez chwile trawiac informacje.
- Malfoy, nie ufam ci. Wiem, kim jestes. Twoje wyznanie o tym, ze chcec ratowac przyjaciela nie przemawia do mnie. - zaskoczyl mnie moj opanowany ton, gdyz wszystkie czesci mojego ciala chcialy w koncu cos zrobic, zeby odnalezc Ginny.
- Nie musisz mi ufac. To prosta opcja, kazdy korzysta. Jezeli ty w to nie wchodzisz, to sam wszystko zalatwie. Nie licz jednak, ze bede troszczyc sie o bezpieczenstwo Weasleyowny. - warknal.
- Nie waz sie jej krzywdzic! - wrzasnelam.
- Jutro jedziemy do Londynu, tam zaczniemy poszukiwania. Badz o szesnastej tutaj. - rzucil wychodzac. Zostalam sama z ochota rozbicia czegos o drzwi, za ktorymi zniknal. Nikt nie mieszal mi tak jak Slizgon.
Siedzialam na Obronie obok Hannah. Nie odzywalysmy sie do siebie zajete wlasnymi myslami. Kilka dni temu dziewczyna przyznala mi sie, ze jej rodzice chca wziac rozwod i czuje sie okropnie z brakiem mozliwosci bycia przy nich. Poznalam ich kiedys, na urodzinach mojej przyjaciolki. Wygladali na zakochanych i idealnie dobranych. Niebieskooka sama tak wlasnie ich okreslala. Tym bardziej nowina o prawdopodobnym rozstaniu spadla na nia jak grom z jasnego nieba. Ja natomiast myslami bladzilam do wczorajszej rozmowy z blondynem. Bylam zdezorientowana i niepewna tego, co chcialam zrobic. Rozum zakazywal, jednak cos w srodku rwalo sie do dzialania. Mialam ogromne poczucie winy, gdybym tylko zostala wtedy z nia...
- Moze pani Granger odpowie na to pytanie? - jadowity glos Cole rozproszyl moje mysli. Popatrzylam na nia zdezorientowanym wzrokiem. "Niewidzialnosc" uslyszalam w glowie czyisc glos. Bez zastanowienia udzielilam takiej odpowiedzi. Blondynka patrzyla na mnie chwile, po czym przerzucila dlugie wlosy na druga strone i wrocila do pisania na tablicy. Probowalam okreslic, kto wrzucil do mojego umyslu te mysl, jednak bylam zbyt rozproszona w sobie, aby to ogarnac. Rozejrzalam sie wokol i napotkalam leniwe spojrzenie Malfoya. Na jego twarzy pojawil sie cyniczny usmieszek, po czym zmienil obiekt obserwacji na swoj pergamin. - To byl on... - pomyslalam. Tylko jak Slizgon dostal sie do mojej glowy? Czyzby byl az tak dobry w te gierki?
- "Idiota." - rzucilam w jego strone. Rozporzadzanie psychika nie bylo dla mnie problemem. Znow spojrzal na mnie, tym razem zaskoczony.
- "No prosze, nasza Granger ma ukryte zdolnosci." - zironizowal.
- "Dlaczego podrzuciles mi odpowiedz?" - spytalam odwracajac wzrok.
- "Moze nie jestem tym, za kogo mnie uwazasz?" - odpowiedzial pytaniem.
- "Nie robisz nic bezinteresownie." - warknelam.
- "Oj, Granger, Granger. Twoja szlamowata niepewnosc az mnie zaskakuje. Wy tak wszyscy? Brak blekitnej krwi miesza wam w pewnosci siebie?" - poczulam wrzaca we mnie krew. Nie chcialam jednak dac sie sprowokowac. Nie jemu. Temu rasistowskiemu wymoczkowi.
- "Wole nie miec w sobie blekitnej krwi, niz nosic nazwisko Malfoy." - nasze spojrzenia skrzyzowaly sie. Widzialam jak wysyla mi cala nienawisc jaka do mnie zywil i nie szczedzilam mu tego samego. - "Jestes nikim, nie masz serca." - dodalam zamykajac swoja glowe. Nie slyszalam go juz, ale wyobrazalam sobie cala wiazanke przeklenstw, ktore probowal mi poslac. Nic to jednak nie dalo, zbyt dlugo pozwalalam sobie na bycie ofiara. Przez cale dziecinstwo znosilam ponizenia i nienawisc w domu, ktory mial byc dla mnie ostoja milosci. Nic nie moglo bardziej mnie zniszczyc.
- A co do panny Weasley, o ktorej ostatnio jest bardzo glosno. - odezwala sie nauczycielka. W ciasnych rurkach i bialej koszuli prezentowala swoja idealna figure, jakze by inaczej. - Pan Potter najwyrazniej pragnal wykazac sie odwaga, jesli jednak ktokolwiek wpadnie na taki sam pomysl i nagle urwie sie ze szkoly, obiecuje, moze zaczac szukac sobie nowej uczelni. - popatrzyla na nas znaczaco. Zacisnelam dlonie w piesci. Chcialam wygarnac jej, ze jest zwykla suka, jednak powstrzymalam sie wiedzac, ze moge za to wyleciec ze szkoly. Dzwonek zadzwonil chwile pozniej uwalniajac mnie z meki, jaka bylo przebywanie w towarzystwie Cole i Malfoya.
- Jak sie czujesz? - spytalam Rona, kiedy w trojke wyszlismy z sali. Nie wygladal najlepiej, jego twarz stracila dawna sloneczna barwe a oczy dzieciecy blask. Malo jadl, rzadko kiedy sie odzywal. Cien czlowieka. Popatrzyl na mnie zaskoczony.
- A jak myslisz? - mruknal.
- Martwimy sie o ciebie. - Hannah odezwala sie cicho.
- Nie potrzebuje tego. - odparl.
- Wszyscy cierpimy. - westchnelam zatrzymujac sie w bardziej odosobnionej czesci korytarza. - Zrozum, Ron. Kochamy ja. Ginny jest...
- Nie ma jej! O to wlasnie chodzi! Ona juz nigdy nie wroci, a ja nie moge nic na to poradzic! - wrzasnal czerwony. - Kurwa! To moja siostra a nawet Harry moze wiecej niz ja! Ogarniacie to chociaz? Dalej chcecie mi pieprzyc, ze wszystko bedzie dobrze i ze ona niedlugo wroci?! Chrzanie to, gowno wiecie, to ze twoja matka cie nie kocha nie pozwala ci na... - moja reka sama powedrowala do policzka chlopaka uderzajac o niego z glosnym plaskiem. Zszokowany patrzyl na mnie gniewnie, po czym odszedl klnac po drodze. Kilka osob obrocilo sie zaskoczonych przez co poczulam sie jeszcze gorzej. Nie mial prawa tego mowic! Dobrze wiedzial, jak mozna mnie zranic i wykorzystal to zasloniony wlasnym, wiesniackim ja.
- Hermiona... - glos niebieskookiej zwrocil na nia moja uwage. Patrzyla na mnie ze wspolczuciem. - Chodzmy stad. Mam w kufrze kawe i kilka innych rzeczy, mysle ze obu nam nalezy sie troche odpoczynku.
- Chodzmy... - westchnelam. - Zgodze sie na wszystkie twoje propozycje. - na twarzy dziewczyny pojawil sie cieply usmiech.
- Przyjaznimy sie, nie? To normalne. Mozesz na mnie liczyc. - zapewnila czochrajac mnie po glowie. Pierwszy raz od dawna poczulam usmiech na wlasnej twarzy. Pewniejsza siebie zniknelam po chwili w wejsciu do pokoju wspolnego.
Jak sie okazalo, nie byl to koniec popisow Rona. Wystarczylo przekroczyc prog, aby zauwazyc, ze pomieszczenie jest w totalnej rozsypce. Ze scian spadal tynk, lampy zwisajace wczesniej z sufitu lezaly roztrzaskane na podlodze a zloty lew Gryffindoru trzymal sie chyba jedynie sila woli na ostatnim gwozdziu. Fotele byly w stanie agonalnym, stoly nadawaly sie jedynie do wrzucenia w ogien. Kilku pierwszoroczniakow wyszlo z korytarza prowadzacego do pokoi.
- Co sie tutaj stalo? - pierwsza odezwala sie Hannah.
- Ten chlopak, brat zaginionej dziewczyny. On sie wsciekl i zaczal rzucac zakleciami a potem uciekl. - wytlumaczyla wystraszona dziewczynka.
- Trzeba powiedziec McGonagall. - zauwazylam.
- Ja to zrobie, ty idz do pokoju i ogarnij czy nie wlamal sie tam jakos. - rzucila i wyszla zanim zdazylam cokolwiek odpowiedziec.
- Idzcie wszyscy do swoich dormitoriow. Nie wychodzcie dopuki nie pojawi sie ktorys z nauczycieli. - zakomunikowalam usuwajac spod nog rozne czesci wystroju i przeciskajac sie w strone korytarza. Kiedy dotarlam juz do schodow przemknelam do swojej sypialni. Drzwi byly na szczescie cale, w srodku tez wszystko bylo w takim samym ukladzie, w ktorym pozostawilysmy go rano. Skierowalam sie do miekkiego lozka opadajac na nie zmeczona. W ciagu dwoch tygodni wydarzylo sie tak wiele, ze ledwo moglam poukladac wydarzenia w logiczna calosc. Na dodatek Ron i jego ataki agresji. Pozostala mi godzina do spotkania z Malfoyem a ja nadal nie mialam zadnej wymowki, zeby tak po prostu zniknac na weekend z Hogwartu. Nie chcialam nikogo oklamywac, jednak w tej sytuacji prawda tylko zatrzymalaby mnie na miejscu a nie o to przeciez chodzilo. Bylam po czesci winna znikniecia Ginny, musialam ja odnalezc. Nawet, jesli wymagalo to przebywania w towarzystwie irytujacego Slizgona. Nie minela chwila, a w drzwiach pojawila sie Hannah z mina meczennika. Najwyrazniej opiekunka naszego domu nie byla nazgyt zadowolona po tym, jak zobaczyla pokoj wspolny.
- McGonagall niezle sie wkurzyla, ale machnela raz rozczka i wszystko wrocilo na swoje miejsce. Tylko przy oknie plywa jakas smolista substancja, chyba efekt slabo wywolanego Monoka (duch wscieklosci). Powiedzialam jej co i jak, ale i tak kazala ci udac sie do niej. - rzucila siadajac obok mnie.
- A co z Ronem? - mruknelam. Dziewczyna tylko wzruszyla ramionami.
- Nie wiem, chyba wyslala Filcha, zeby go znalazl...a wiesz co to znaczy, rudy ma przerabane. - odparla wyjmujac z kufra opakowanie popcornu serowego. - Lec do niej lepiej. - dodala widzac, ze znowu zaczynam uciekac w przemyslenia.
- Jasne. Juz. - natychmiast wstalam. Wychodzac z pokoju zauwazylam profesor McGonagall rozmawiajaca ze Snapem o czyms. Kiedy mnie zauwazyli nietoperz jedynie prychnal niezadowolony i trzepoczac zlowieszczo szata zniknal za wejsciem do domu Gryfonow.
- Panno Granger, prosze o jakies konstruktywne wyjasnienia. - zazadala. Nie wiedzialam od czego zaczac. Prawdopodobnie opowiadanie o tym, ze uderzylam Rona w twarz niekoniecznie przypadloby nauczycielce do gustu a nie chcialam dostac w prezencie szlabanu.
- Poklocilismy sie. - przyznalam. - Ronald bardzo zle znosi te cala sytuacje z Ginny i coraz trudniej jest mu panowac nad soba. Bardzo chce pomoc w poszukiwaniach, ale nie ma takiej mozliwosci. To dla niego...ciezkie. Strata. - nie tylko dla niego, dodalam w myslach.
- Za takie zachowanie nie mam innego wyjscia jak odjac Gryffindorowi 50 punktow. I tak macie szczescie, profesor Snape proponowal 200, ale to bylaby juz przesada. - przyznala. Poczulam irytacje, poniewaz Weasley nie zdobywal prawie zadnych bonusow na lekcjach a teraz jeszcze zabiera nam efekty ciezkiej pracy.
- Pani profesor. - prawdopodobnie byl to jedyny dobry moment, aby przekonac ja do wolnego weekendu. - Wiem, ze rok szkolny trwa i jeszcze troche pozostalo do swiat, ale chcialabym odwiedzic moja mame. Martwie sie o nia, zle wygladala kiedy wyjezdzalam z domu. Odrobilam juz wszystkie prace domowe, czy moglabym na ten weekend wrocic do domu? - klamstwo, jakie piekne i czyste klamstwo. Nigdy nie posadzalam siebie o az tak wielka i glupia odwage. O dziwo nauczycielka odebrala wszystko jako najprawdziwsza prawde.
- Zdaje sobie sprawe jak jest ci ciezko. Wiem tez, ze nie zaniedbasz swoich obowiazkow, jezeli na jeden weekend opuscisz Hogwart...jednak po tych okropnych zdarzeniach z ostatnich dni obawiam sie, czy to aby nie jest zly pomysl. Tutaj jestes bezpieczna. - przyznala.
- Pani profesor, prosze. - jeknelam blagalnie.
- Dobrze... - westchnela. - Ale za spoznienie, lub nieprzygotowanie dostanie pani szlaban do konca roku, panno Granger. - odparla tonem nieznoszacym sprzeciwu.
- Dziekuje. - wydusilam z siebie zaskoczona. Kiedy kobieta wyszla z pomieszczenia pobieglam znow do swojego dormitorium. Hannah lezala na swoim lozku jedzac popcorn i czytajac magazyn dla mlodych czarownic. W nogach lezal jej cudowny kot, ktoreg zabrala kilka dni temu z mugolskiego schroniska. Oczywiscie wiedza o tym nie przekroczyla drzwi naszego pokoju.
- Musze pojechac na weekend do matki. Czuje, ze cos jest nie tak, mam zgode a zaraz pociag odjezdza ze stacji. - mowilam w pospiechu pakujac rozne rzeczy do torby. Na wszystko rzucilam zaklecie zmniejszajace, dzieki czemu zmiescilam nawet ogromny tom "Magii codziennej dla zaawansowanych".
- Zostawisz mnie sama z Lavender? - mruknela siegajac po cole. Nigdy nie potrafilam pojac, ze dziewczyna jadla wiecej niz niejeden chlopak a pomimo to wazyla tyle co piorko.
- Tylko na weekend. - obiecalam bardziej sobie niz jej.
- Jakbys czegos potrzebowala, to daj mi znac. - usmiechnela sie lekko glaszczac swojego pupila, ktory wolal jednak polozyc sie na poduszcze.
- Jasne. - odparlam wychodzac z pomieszczenia. Zegar wybijal juz szesnasta.
Wiedzialem, ze przyjdzie. Wszyscy Gryfoni sa tacy sami. Wiecej brawury niz rozumu. Wystarczylo zagrac na jej poczuciu winy i zgoda niemal wyplynela z jej ust. Pozostalo przemiescic sie do sowiarni i tam czekac na przyjscie dziewczyny...szlamy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz