piątek, 8 lutego 2013

Rozdzial 2



Miesiac w Norze minal mi bardzo szybko. Wiekszosc dni spedzilam na rozmowach z Ginny, sprzeczkach z Ronem i dyskutowaniu o milionie rzeczy z Harrym, ktory w polowie sierpnia zawital w domu panstwa Weasley. Chlopak bardzo zmeznial od ciaglych treningow, jednak w srodku nadal byl tym samym Potterem - Marzycielem. Blizniacy kazdego ranka wychodzili do pracy, podobnie ich ojciec, a Molly Weasley wiecznie krzatala sie w kuchni. O mamie nie slyszalam w sumie nic. Kazdego dnia myslalam o niej i na nowo tworzylam w sobie przekonanie, iz nie powinnam za nia tesknic. Nie po tym wszystkim, co mi zrobila. Z drugiej strony, urodzila mnie i mieszkalysmy razem przez wiele lat. Czas byl jedynym lekarstwem.

  - I pamietajcie! Macie pilnie sie uczyc i nie broic! - Glos pani Weasley mieszal sie z krzykami innych rodzicow zebranych na peronie. Zajelam miejsce w ostatnim przedziale, czekajac az przyjdzie reszta. Bedac tam czulam jak moje serce uspokaja sie i wszystko znow jest tak, jak byc powinno. Wszelkie troski odplynely gdzies pozostajac za wejsciem do ekspressu Londyn - Hogwart. W tamtym momencie liczyl sie tylko fakt, iz ten rok bedzie znaczacy dla nas wszystkich. Nie chodzilo tylko o egzaminy koncowe, ale i to, co mialo wydarzyc sie w drugim semestrze. Zakon Feniksa byl niemal pewien, ze Czarny Pan bedzie wtedy chcial dokonczyc swe dzielo i zabic Harrego skazujac tym samym swiat na wieczny mrok i cierpienie. Kazdy sie bal, poniewaz to nie byly zarty. Wszyscy dobrze wiedzieli, na co stac Voldemorta. Nawet jego wyslannicy, pomimo swojej sily obawiali sie, czy bedzie dla nich miejsce w tym "nowym swiecie". Wierzylam w Harrego, tak samo w Dumbledora. Razem napewno mogli pokonac zlo, ktore chce wszystkich nas skazac na kleske. Jednak...

- Szlamo, wypierdalaj stad. - uslyszalam glos, ktory wyrwal mnie z zamyslenia. Moim oczom ukazala sie dziewczyna z dziwnie plaskim nosem i sladami po tradziku.

- Wal sie, Parkinson. - odparlam patrzac na nia spokojnie.

- To przedzial dla mnie i Draco, wiec z laski swojej rusz te szlamowata dupe i poszukaj swoich zalosnych przyjaciol. - warknela.

- Srednio mnie to obchodzi, bylam tu pierwsza, wiec pieprz sie. - mruknelam poblazliwie lapiac gazete, ktora lezala na drewnianym stoliku przyczepionym pod oknem.

- Szmata. - uslyszalam. - Flexio! - katem oka zauwazylam, ze dziewczyna siega po rozczke. Ja swoja zawsze mialam przy sobie, gotowa na kazda okazje. Nie kazala mi dlugo czekac z zakleciem ktorym chciala mnie poczestowac.

- Protego! - warknelam. Widzialam jak jej slizgonska twarz robi sie coraz bardziej czerwona.

- Floopie!

- Protego!

- Filis!

- Protego! Slownik twoich zaklec zaczyna i konczy sie w literze f? - zadrwilam. Twarz dziewczyny niebezpiecznie stezala.

- Cruc...

- Dosc. - zimny glos Malfoya przeszyl powietrze. Nie pozwalal on na sprzeciw. Wylonil sie doslownie znikad i emanujac ta swoja malfoyowska aura od razu skupil na sobie uwage calego swiata. Co ciekawe nie na mnie patrzyl morderczym wzrokiem, lecz na Parkinson, ktora wygladala w tym momencie jak zbity piesek. Wyrwal jej rozczke z reki i przylozyl do szyi dziewczyny. - Jestes zbyt glupia na to, zeby w ogole posiadac magie we krwi. - warknal odrzucajac przedmiot gdzies w dal. Slizgonka natychmiast poleciala za rozczka zostawiajac nas samych. Draco przeniosl swoje spojrzenie na mnie.

- A tobie, Granger, radze zebys nie byla az tak pyskata. Na pewne zaklecia nie ma tarczy obronnej. - powiedzial cicho, lodowato.

- Nie jestem podczlowiekiem, mam prawo do godnosci. - rzucilam zdenerwowana. Chlopak przez chwile przenikal mnie swoim intensywnym wzrokiem, po czym bez slowa oddalil sie do innego przedzialu. Jakby nie patrzec, obronil mnie. To bylo najgorsze...

Musialem powstrzymac Parkinson, bo inaczej zwaliliby sie nam ludzie z Ministerstwa. Dlaczego ona zawsze musi robic problemy? Na dodatek ta Granger, co w niej jest, ze zawsze musze na nia trafic. Nawet kiedy nie chce, ona i tak jest gdzies w poblizu. Pelna tajemnic, silna, otoczona przyjaciolmi. Na dodatek te jej oczy...kurwa, to  zwykla szlama, na dodatek Gryfonka, jeszcze kilka miesiecy i Czarny Pan zniszczy ja tak samo jak innych kalajacych imie czystej krwi. Wtedy napewno nie bede musial jej widziec, przebywac przy tym szlamie. Za duzo go w otoczeniu.

- Draco, ja przepraszam. - od godziny tylko mnie przepraszala i blagala o wybaczenie.

- Zamilcz. - warknalem zirytowany.

- Ale Draco, to tylko szlama. Dobrze wiesz, ze nic nie znaczy. Jedna w ta czy w tamta. - jeczala.

- Moglas narobic nam klopotow! - rzucilem coraz bardziej zdenerwowany.

- A..ale, przeciez jest gorsza ode mnie...nie miala prawa mi pyskowac! Nawet odzywac sie do mnie! Powinna poslusznie wyjsc i przepraszac za to, ze szlami nasz przedzial! - krzyknela. Zmierzylem ja wzrokiem.

- Ona przynajmniej mysli, w porownaniu do ciebie. - syknalem z nienawiscia. W przedziale zapanowala cisza. Blaise nie zwracajac na nic uwagi patrzyl sie w okno a Crabb i Goyle gapili sie na mnie z szeroko otwartymi ustami.

- Czy ty wlasnie obroniles szlame? - odparl jeden z nich.

- Walcie sie. - mruknalem wychodzac. Cholerna Granger!

Czasami tak bywa, ze ludzie calkowicie odmienni sa polaczeni ze soba czyms tak silnym, iz nawet smierc ich nie rozlaczy. Zapisani w gwiazdach.

Wielka Sala byla jak zawsze niesamowicie udekorowana. Gwiazdziste niebo poglebialo poczucie jej wielkosci i majestatu. Na samym koncu nauczyciele powoli zajmowali swoje miejsca z dyrektorem na czele. Grupka uczniow stala na srodku czekajac na przydzial do domow, Tiara usadowila sie wygodnie na stolku przed nimi a Ron mamrotal cos o jedzeniu i podsmiewal sie z nowych Slizgonow. Za kazdym razem, gdy ktorys pierwszoroczniak dostal przydzial jego nowy dom klaskal i wiwatowal. Tradycja nie ulegla zmianie od lat. Nastepnie Dumbledor rozpoczal swoja przemowe.

- Drodzy uczniowie! - jego cieply glos rozniosl sie po calej sali. - Oto kolejny rok wita was to miejsce....Hogwart. Jak wiecie, sklad nauczycielski ulegl pewnym zmianom. Przedstawiam wam nowego nauczyciela Obrony Przed Czarna Magia, profesor Marhareth Cole! - na samym koncu nauczycielskiego stolu siedziala blond wlosa kobieta, bardzo mloda z twarzy o wielkich, niebieskich oczach i czerwonych, pelnych ustach. Wokol rozniosly sie gwizdy niektorych bardziej odwaznych chlopakow. Dziewczyny natomiast patrzyly po sobie, jakby z gory wiedzialy, ze jest dla nich zagrozeniem. Kobieta jedynie wstala, uklonila sie i usiadla spowrotem pozwalajac dyrektorowi konczyc przemowe.

- Swiat pelen jest dziwow. Niespotykanych i nieznanych rzeczy. Wszystko ma w sobie magie... - i tak minelo kilkanascie minut. Nowym uczniom przedstawiono ich nauczycieli, opowiedziano o druzynie quidditcha w czym nie mozna bylo pominac zaslug Harrego, ktory jak zwykle przyjal to ze swoja chlopieca skromnoscia. Potem profesor McGonagall upomniala wszystkich, zeby przestrzegali zasad, poniewaz nie ma zamiaru poblazac wybrykom i bojkom. Kiedy na stole pojawily sie roznego rodzaju potrawy wszyscy zajeli sie soba.

- Pycha! - mlasnal Weasley nakladajac sobie kolejna porcje steku.

- Nie zachowuj sie, jakbys nie widzial jedzenia od lat. - warknela Ginny.

- Marudzisz. - odparl beztrosko. - Jestem w okresie dojrzewania, musze duzo jesc.

- Ohoho, ty nie jesz Ron. Ty wpierdalasz. - mruknela krecac oczami.

- Dajcie spokoj. - zasmialam sie widzac, ze Ronald chce rzucic cos wrednego w strone swojej siostry. Harry od momenctu, w ktorym rozstal sie z Ginewra nie wchodzil jej w droge. Prawdopodobnie wiedzial, ze jej ostry jezyk moze zaprowadzic go do Skrzydla Szpitalnego.

- Malfoy sie na ciebie patrzy. - szepnela mi do ucha. Skierowalam swoj wzrok w jego strone i ze zdziwieniem musialam przyznac jej racje. Blondyn bezceremonialnie przeszywal mnie wzrokiem, co o dziwo wzbudzilo moje zainteresowanie, zamiast wrogosci. Sama nie rozumialam, dlaczego ostatnio zaczynam myslec o nim jak o czlowieku, a nie rasistowskim dupku. Plotki o tym, ze zostal Smierciozerca rozniosly sie z predkoscia swiatla na dodatek nie bylo tajemnica kim jest jego ojciec i za co zostal skazany do Azkabanu. Nie wiem, czy umysl nie splatal mi figla, ale chlopak przez chwile usmiechnal sie nikle po czym zajal sie rozmowa z innym Slizgonem. - O co chodzi? - z zamyslenia wyrwal mnie glos rudowlosej.

- Nie wiem. - przyznalam.

- O czym tam szeptacie? - spytal az "za milo" Harry.

- Nic, takie babski sprawy. - wzruszylam ramionami. - Dobra ta lasagne? - dodalam zmieniajac temat.

- Wszystko jest dobre. - wtracil Ron znow nakladajac sobie spora porcje jedzenia. Z reka na sercu, nie wiedzialam gdzie on to wszystko miescil.

- Twoja opinia na pewno jest obiektywna, prosiaczku. - mruknela Ginny. Ron zamiast rzucic na to jakac odpowiedz po prostu glosno beknal zwracajac tym uwage kilku osob wokol. Ruda zakryla dlonia twarz powtarzajac, ze oni na pewno nie sa ze soba spokrewnieni.  Harry jedynie smial sie ze swojego przyjaciela, a ja przylapalam sie na tym, ze ukradkiem zerkam w strone stolu Slizgonow.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz