wtorek, 5 lutego 2013
Rozdzial 1
- Wynos sie! - krzyknela. - Czasami zaluje, ze nie usunelam cie kiedy mialam jeszcze taka mozliwosc. - warknela Jeane pijac piwo z butelki.
- Jak sobie zyczysz. - odparla dziewczyna i bez wahania zabrala swoje rzeczy, aby juz nigdy nie wrocic do swojej matki.
Swiat nie zawsze jest taki, jak go sobie wymarzymy. Wielkie czyny okupione sa cierpieniem i potepieniem. Ona wiedziala o tym doskonale, gdyz gdziekolwiek sie nie pojawila wszystko wrecz przyciskalo ja do ziemi. Prawdopodobnie gdyby nie fakt, iz wiekszosc roku spedzala zdala od mugolskiej spolecznosci juz dawno bylaby na jej dnie. Przygnieciona narkotykami, samotnoscia i odrzuceniem. Dziewczyna jednak wierzyla. Wierzyla w lepsze jutro, w sama siebie. Wszak kazdy jest kowalem swego losu.
Dlugo planowalam wyprowadzenie sie z domu, jednak wiecznie oczekiwalam, ze w koncu cos sie zmieni. Niestety, kazdy rok byl coraz gorszy a ja jedynie przywykalam do rozczarowan. W momencie, w ktorym zabralam swoje rzeczy nie czulam goryczy. Po czesci nie czulam w sumie nic. Jedyne, czego pragnelam to znalezc sie w jakims spokojnym miejscu i uciec od tego wszystkiego. Szkola zaczynala sie dopiero za miesiac, wiec nie moglam tak zwyczajnie pojsc na peron i czekac, az nadjedzie ekspress do Hogwartu. Pozostalo mi w blizej nieokreslony sposob dostac sie do Nory i poprosic panstwa Weasley o pomoc. Juz dawno proponowali mi mieszkanie u nich w okresach wakacyjnych, ale przeciez oni ledwo byli w stanie wykarmic wlasne dzieci! Kolejna glowa do opieki tylko pogorszylaby ich i tak juz trudna sytuacje. Westchnelam cicho i wypowiedzialam formulke przywolujaca Nocnego Rycerza. Autobus dla czarodziei, niewidoczny ludzkim okiem.
- " Odnajdz zagubionego i zabierz go do celu jego. " - szepnelam. Po kilku sekundach pojawil sie przede mna wysoki na dwa pietra, czerwony autobus z obdrapanymi plakatami zespolow na niektorych oknach i poniszczonymi blotnikami.
- Nocny Rycerz zapryasza na sywoje saluuny! - krzyknal chudy chlopak w beasbolowce. Usmiechnelam sie do niego ponuro i weszlam do srodka.
- Srednio mam jak zaplacic. - przyznalam. - Ale ucze sie w Hogwarcie, moze wysle we wrzesniu jakies pieniadze sowa?
- Eee tam, y tak nykt tu ne placi. - stwierdzil beztrosko. Kiwnelam do niego i weszlam dalej mijajac spiacych wszedzie czarodziei. Wnetrze Nocnego Rycerza bylo ogromne i waskie. W jednym kacie mozna bylo zobaczyc stol do pokera, wszedzie lataly magiczne materace i szumialy roznego rodzaju urzadzenia trzymajace autobus w calosci. Na samym koncu znajdowaly sie schody na wyzsze pietro.
- Dokad jedziemy? - rzucil kierowca.
- Nora. - krzyknelam siadajac na dwoch siedzeniach i opierajac sie o zimna szybe. Torbe rzucilam na unoszaca sie obok szafke z pasami bezpieczenstwa. Bylo jeszcze za wczesnie na prawdziwe cierpienie. Musialy opasc emocje, abym trzezwo przyznala, ze jestem bezdomna...
Kiedy stalam przed drzwiami do domu panstwa Weasley zegarek na moim nadgarstku wybil 22. W wiekszosci okien wciaz palily sie swiatla a z jednego wlasnie wyleciala sowa, zapewne na nocne lowy, gdyz nie miala zadnego listu przy nozce. Niezbyt pewnie zapukalam przekonujac sie, ze lepiej zrobic to teraz, niz pozniej i niepotrzebnie wszystkich budzic. Dom mojego przyjaciela byl dosc specyficzny i calkowicie nieforemny. Gdyby nie magia raczej nie mialby mozliwosci stac w pionie. Pomimo to uwielbialam Nore, gdyz wszystko mialo tutaj smak pozytywnych uczuc. Molly Weasly byla dusza, ktora wrecz bila cieplem, ale i potrafila wywolac dreszcze strachu. W drzwiach pojawil sie jeden z braci blizniakow. Przebywalam z nimi na tyle dlugo, iz od razu wiedzialam, ze to Fred.
- Hermiono! Co tutaj robisz? - spytal zaskoczony.
- Chcialam... - nie skonczylam, gdyz obok niego wyrosl drugi brat.
- Siemasz Hermiona! - rozesmial sie. - Wbijaj! - dodal odpychajac teatralnie brata i wciagajac mnie do srodka.
- Witaj sloneczko. - Molly wyszla usmiechnieta z kuchni.
- Moglabym zatrzymac sie tutaj do wrzesnia? Nie chce robic nikomu problemu, ale...nie mam dokad wracac. - przyznalam cicho.
- Alez oczywiscie! - krzyknela mama rodzenstwa i przytulila mnie opiekunczo. Chlopacy natomiast patrzyli na siebie przez chwile, jakby z racji na blizniactwo rozumieli sie bez slow. - Chodz, zjesz cos. Pewnie Ginny nie bedzie miala nic przeciwko podzieleniu sie z toba pokojem, przeciez jestesmy wszyscy rodzina! - Dusza domu, o tym wlasnie mowilam.
- A co z Harrym? - spytalam z nadzieja, ze moze jest w ktoryms z pokoi.
- Obecnie mieszka u Lupina, cwiczy z Zakonem. Powinien byc tutaj za dwa tygodnie. - odpowiedziala.
- Rozumiem, wysle do niego pozniej sowe. - westchnelam. Uwielbialam w Weasleyach to, iz nie musialam im nic tlumaczyc. Potrafili zwyczajnie patrzec na czlowieka i na podstawie jego uczuc okreslic, co robic. Tak tez bylo w tym przypadku. Wraz z bracmi zjadlam troche dyniowego ciasta a nastepnie przenioslam sie do pokoju Ginny i po wyjasnieniu jej wszystkiego obie zasnelysmy z usmiechami na twarzach.
Plakala. Caly czas plakala. Nigdy nie rozumialem, dlaczego tak bardzo kochala tego tyrana, ale jednak...kiedy odszedl nie potrafila nawet logicznie myslec. Chcialem, probowalem cos zrobic, jednak zdroworozsadkowe argumenty, iz jej maz jest zwyczajnym morderca i dyktatorem nie dawaly wiekszych efektow. Jakby mial nad nia nie tylko fizyczna wladze, ale i psychiczna, liczylem na to, ze po jego odejsciu cos ulegnie zmianie. Niestety, ona wciaz cierpiala. Ja rowniez, bo nie potrafilem jej pomoc. Lata ucisnienia i zniewolenia na tyle zmienily jej psychike, ze z silnej i usmiechnietej kobiety zmienila sie w cien ojca. Nigdy mu nie zaprzeczala, wiecznie popierala jego zdanie. Z poczatku ze strachu, potem juz mechanicznie.
on natomiast pragnal jednego - sluzyc swemu panu. Byl w stanie poswiecic ku temu wszystko. Nawet mnie...
Westchnalem mijajac ja na schodach i wyszedlem z domu. Do rozpoczecia roku szkolnego pozostal jeszcze miesiac, co oznaczalo tylko tyle, ze przez trzydziesci dni bede musial znosic atmosfere panujaca w Malfoy Manor. Nie pocieszala mnie ta mysl, wiec spedzalem wiekszosc dnia daleko od tego miejsca. Szukalem spokoju.
Obudzilam sie bardzo wczesnie, slonce dopiero leniwie ukazywalo swoje promyki na horyzocie nieba. Ginny lezala obok mnie mruczac cos pod nosem i usmiechajac przy tym uroczo. W pewnym momencie z jej ust wydobylo sie jedno imie " Blaise". Zaskoczona przygladalam jej sie dluzej, ale juz nic wiecej nie szeptala. Czyzby panna Weasley potajemnie byla zakochala w Slizgonie? Ciekawe...nie zastanawiajac sie nad tym dluzej wstalam, tak aby jej nie obudzic i po skrzypiacych schodach zeszlam do kuchni. Jak sie okazalo, nikogo tam jeszcze nie bylo. Wszedzie panowal lekki chlod i wilgoc, wrecz czulam zapach lasu i mokrej trawy. Na drewnianym stoliku znalazlam stosik czystych karteczek i pioro. Napisalam krotka wiadomosc, iz ide na spacer i zeby sie o mnie nie martwili, po czym zapielam swoja szara bluze i zalozylam na glowe kaptur.
Poranek byl cieply, co wrozylo goracy dzien. Lato tego roku bylo wyjatkowo upalne, co niekoniecznie cieszylo mugolskich rolnikow, bowiem ich plony byly coraz slabsze. Idac przed siebie podziwialam pewnego rodzaju dzikosc Nory, bowiem w poblizu nie bylo zadnego domu. Wokol rozciagaly sie zlote pola i polacie chlodnego lasu. Ptaki wznosily sie na blekitnym niebie a rosa powoli znikala z powierzchni. Wdychalam gleboko powietrze odnajdujac wewnetrzny spokoj.W srodku pszenicy znalazlam wielki glaz oswietlany ochoczo przez wielkiego Heliosa. Usiadlam na nim delektujac sie cisza. Byl to najlepszy czas na przemyslenie wszystkiego. Pierwszy fakt byl taki, ze nie mialam gdzie wracac. Moja matka od lat uswiadamiala mi, iz zniszczylam jej zycie swoimi narodzinami i gdyby nie moje przyjscie na swiat Gregory nigdy nie pozostawilby jej samej. Jedynym, co kochala w swoim zyciu byl alkohol. Potrafila pic przez caly tydzien bez przerwy nie wychodzac ze swojego pokoju. Rachunki placila z zasilku i mojej renty, reszte przeznaczala na siebie. Czesto nie mialysmy co jesc, czasami zabraklo jej na oplacenie ogrzewania i zamarzalam w swoim pokoju cudem powstrzymujac sie przed uzyciem magii. Dobrze wiedzialam, ze nie moglam wyjawic jej prawdy. Gdyby wiedziala o moich zdolnosciach zapewne nachodzilaby mnie i zmuszala do czarowania dla jej przyjemnosci a za to wyrzuciliby mnie z Hogwartu. Dlatego w mniemaniu matki uczeszczalam do katolickiej szkoly w Kanadzie, ktora daje mi stypendium za dobre wyniki w nauce. Nie wiem, czy mi wierzyla, nie obchodzilo mnie to. Wazne, ze widywalam ja tylko przez kilka tygodni w roku.
- Swiat jest za maly. - uslyszalam czyis glos nad soba. Szare, magnetyczne teczowki patrzyly na mnie z dziwnym smutkiem.
- Co tutaj robisz? - spytalam spokojnie przygladajac mu sie uwaznie. Milczal przez chwile nie spuszczajac ze mnie wzroku po czym skupil sie na firnamencie nieba.
- To co ty, Granger. - szepnal.
- Nie obawiasz sie wiec znizac do mojego poziomu? - odparlam z przekasem.
- Nic nie jest juz pewne. - dalej mowil cicho. Bil z niego nieopisany ciezar, az czulam to w sobie.
Nie spodziewalem sie jej w srodku pola pelnego pszenicy. Uzylem czaru szukajacego, aby zabral mnie do miejsca, w ktorym odnajde spokoj. Czy to zbieg okolicznosci, ze ona tez tam byla? Zostalem przywiedziony do Nory, czy do Granger? Podszedlem blizej, byla na tyle zajeta swoimi myslami, ze nawet nie zwrocila na mnie uwagi. Slonce oblewalo cala jej postac tworzac zlote iskry w jej kasztanowych wlosach. Wygladalo to dziwnie kojaco, chociaz sam nie rozumialem z jakiej racji. I wtedy to sie stalo, uslyszalem jej mysli. "nie mialam gdzie wracac", "Moja matka od lat uswiadamiala mi, iz zniszczylam jej zycie swoimi narodzinami", "Czesto nie mialysmy co jesc", "Jedynym, co kochala w swoim zyciu byl alkohol. " Nie bylo to uczciwe, przeszukiwanie jej umyslu, ale dlugo opanowywalem te zdolnosc i nie czulem wiekszych oporow przy korzystaniu z niej. W pewnym momencie zrozumialem, ze ta wyniosla i dumna dziewczyna ma ze mna wiecej wspolnego, niz sie tego spodziewalem. Bylo to dziwne, od zawsze uczono mnie ze szlamy sa nizej ewolucyjnie niz skrzaty domowe, nic jednak co wyplynelo z ust mego ojca nie mialo juz znaczenia. Od teraz byl moim glownym wrogiem. Dziewczyna potarla ramiona chowajac twarz w kolanach. Moglem spokojnie odejsc, jednak nie zrobilem tego.
- Swiat jest za maly. - odparlem obojetnie. Natychmiast zwrocila swoj wzrok na mnie. Jej oczy byly porazajaco wypelnione emocjami. Jak wulkan przed wybuchem.
- Co tutaj robisz? - spytala o dziwo spokojnie, chociaz jej ton nie wspolgral z reszta.
- To co ty, Granger. - odpowiedzialem zdawkowo. Nie mialem pojecia jak na nia reagowac. Dwie natury walczyly ze mna. Jedna chciala zniszczyc i skrzywdzic. Druga...sam nie wiedzialem.
- Nie obawiasz sie wiec znizac do mojego poziomu? - sarkazm i ironia, najlepsza linia obrony.
- Nic nie jest juz pewne. - sam nie wiem, dlaczego to powiedzialem. Czulem ciezar calego swiata. Zazwyczaj wszystko bylo mi obojetne, dlatego Czarny Pan tak bardzo pragnie mojego niewolnictwa w swoich szeregach. Bo nie czuje sentymentu, wlasne zycie znaczy dla mnie tyle co nic. Nie mam tez strachu przed zabijaniem. Idealny morderca, jak to stwierdzil moj ojciec...
- Lubie slonce. - uslyszalem jej glos. - Kiedy jest cieplo czlowiek latwiej radzi sobie z przeciwnosciami losu.
- Wole noc. - odparlem znow nie rozumiejac, dlaczego rozmawiam ze szlama. - Pozbawia nas niepotrzebnych mysli.
Patrzyla na mnie chwile, po czym zwyczajnie rozplynela sie w powietrzu teleportujac do sobie tylko znanego miejsca. Zajalem jej miejsce patrzac w dal.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz