środa, 20 lutego 2013

Rozdzial 9

Obudzilam sie z dziwnym metlikiem w glowie. Nie wiem, ile spalam, jednak za oknem slyszalam gwar dnia. W pokoju nie bylo zapalonych swiec a pomimo to wszystko bylo dobrze widoczne, najwyrazniej noc juz minela i przywitala swojego zmiennika. Podnioslam sie spokojnie, jednak szybko opadlam na poduszke czujac tepy bol w glowie. Jakby cisnienie wbijalo sie do niej i sciskalo z calej sily czaszke miazdzac mozg. Jeknelam cicho trzymajac sie za skronia.

- Wypij to. - uslyszalam glos nad soba. Z trudem otworzylam oczy. Blondyn stal przede mna, wygladal na niewyspanego i zmeczonego. W dloni trzymal kubek, z ktorego wydobywala sie niebieska para.

- Co ty mi zrobilesz? - szepnelam. Obrazy wieczoru powoli wracalu do mojej glowy. Azkaban, klotnie i...ciemnosc.

- Ogluszylem cie. - odpowiedzial bardziej sam do siebie niz do mnie. Jakis okropny pisk przeszyl moje uszy. Krzyknelam zakrywajac sie zniszczonym kocem. Moje serce wyskakiwalo mi z piersi, jakby cisnienie przekraczalo wszelkie granice swojej skali. Oczy piekly niebezpiecznie. - Hermiona... - poczulam ciezar obok siebie. - Prosze, wypij to. - Odkrylam glowe mrozac go wzrokiem.

- Nie wystarczy ci twoj wieczorny popis? Chcesz mnie jeszcze otruc? - warknelam zaciskajac zeby. Chlopak wygladal okropnie, co tylko mieszalo mi w glowie.

- Rzucilem na ciebie Fuga Mundi (odwrocenie od swiata dop.)

- Co?! - wrzasnelam duszac sie. Fuga Mundi bylo jednym ze starych, nieuzywanych od lat zaklec. Czytalam o nim kiedys, podobnie jak Teastrale moze widziec ktos, kto przezyl czyjas smierc, tak owe zaklecie aby dzialac wymagalo konkretniejszej zaplaty. Wlasnej smierci. Jezeli ktos chociaz na chwile znalazl sie po drugiej stronie dostawal je...w prezencie, jezeli tak to mozna ujac. Usypialo ono przeciwnika mroczac jego dusze. Z dnia na dzien stawal sie on coraz bardziej martwy az w koncu przemienial sie w cien samego siebie. 

- Musisz to wypic. - przysunal do mnie kubek.

- Co to? - spytalam wystraszona.

- Wywar szczescia. - odpowiedzial bezemocjonalnie.

- Jak mogles mi to zrobic? - jeknelam czujac powracajacy bol glowy. - Kurwa, Malfoy. - pisnelam zamykajac z calej sily oczy. - Czym ty do cholery jestes? - pluca zaczely walczyc o powietrze, ktore z trudem im udostepnialam. Na dodatek ten pisk...ten cholerny pisk przerodzil sie w czyjs krzyk. Po chwili zrozumialam, czyj. Moj.

- Wypij to, do cholery! - wrzasnal blondyn odrywajac moje dlonie od twarzy. Lzy moczyly mi policzki. - Kurwa, blagam, Granger. - warknal przez zacisniete zeby. Nie wytrzymalam, chwiejnie chwycilam kubek i wlalam w siebie cala zawartosc. Miala smak wisni, dziwnie slodkich i smierdzacych. Zrobilo mi sie goraco, jakbym wskoczyla do kominka. Wstalam natychmiast biegnac do okna, ktore otworzylam z impetem. Lapiac swieze powietrze trzymalam sie kurczowo framugi. Deszcz obmywal moja twarz. Swiat powoli nabieral ostrosci. Oddychajac glebiej usiadlam na podlodze opierajac sie plecami o sciane. Dziwny spokoj ogarnal mnie cala.

- Nie chcialem tego. - chlopak podszedl do mnie klekajac przy kolanach. - Nie chcialem cie skrzywdzic, nawet nie wiesz ile zasad zlamalem, zeby znalesc lekarstwo. Przeteleportowalem sie az do Chin.

- Problemem nie jest to, Draco. - powiedzialam nostalgicznie. Patrzyl na mnie uwaznie. Kontynuowalam wiec. - Problemem, tym prawdziwym jestes ty caly. Odrzucasz swiat, wiec i on odwraca sie do ciebie. Pomimo mozliwosci, ktore posiadasz wolisz wmawiac sobie wlasne ubezwlasnowolnienie. Zwykla wygoda. Na dodatek nie doceniasz ludzi, ktorzy jeszcze chca widziec w tobie cos wiecej niz rasistowskiego dupka owladnietego mania czystej krwi i sluzby Czarnemu Panu. - pomiedzy nami zapadla cisza. Chlopak nie wykazywal zadnych emocji dalej przygladajac sie mojej twarzy. Eliksir najwyrazniej zadzialal, gdyz spokojnie wytrzymalam jego spojrzenie. Przy okazji przyjrzalam sie dokladnie jego budowie. Zaczynalam rozumiec co widzialy w nim dziewczyny z Hogwartu. Mial w sobie jakas potege, nieodgadniona i przyciagajaca niczym magnes. Wystarczylo spojrzec w te oczy, aby zatracic sie w nich na wiecznosc. Idealny nos, ostra szczeka, usta wyginajace sie machinalnie w szyderczym usmiechu. Natura dala mu ogromna bron w postaci ciala. Westchnelam cicho i wstalam zamykajac okno.

- Jestem glodna. - przyznalam.

- Przynioslem ci kanapke. - odpowiedzial unoszac lekko brew.

- Hm? - popatrzylam na niego zaskoczona.

- Wegetarianska. I kawa. - wzruszyl ramionami. Dopiero wtedy zauwazylam, ze jego biala koszula jest pobrudzona od ziemi w kilku miejscach, oczy podkrazone a na brodzie pojawial mu sie juz lekki zarost dodajac charakteru.

- A ty? - spytalam. - Jadles cos?

- Umiem o siebie zadbac. - odparl wymijajaco.

- Nie mysl, ze zalezy mi na twoim zdrowiu. Po prostu chce odnalezc Ginny a ty jestes mi do tego potrzebny. - mruknelam podchodzac do szafki na ktorej lezala zawinieta w papier kanapka i kawa na wynos. Usmiechnelam sie mimo woli, kochalam kofeine. Smialo moglam przyznac, ze jestem od niej uzalezniona.

- Naprawde uwazasz, iz jestem jak moj ojciec? - spytal niemrawo siadajac na swoim lozku. Po raz kolejny mnie zaskoczyl. Usiadlam wiec na swoim poslaniu dzieki czemu znajdowalismy sie w sumie przed soba. Oparlam sie wygodnie o sciane.

- To zalezy. - przyznalam. - On juz podpisal swoj cyrograf.

- Co masz na mysli?

- Dobrze wiesz. Siedzi w Azkabanie. Nie bez winy, jego sumienie tam ozyje. Twoje najwyrazniej jeszcze nie wymarlo.

- Lubisz wierzyc w ludzi. - zakpil. Brzmialo to jednak mniej szyderczo niz zwykle.

- Lubie ich poznawac. - przyznalam. - Czasami moga mnie zaskoczyc.

- Albo zabic. - spojrzal w okno. Podarzylam wzrokiem za nim. Deszcz mieszajac sie ze sniegiem moczyl cala okolice nadajac jej senny nastroj.

- Albo i tak... - westchnelam.

- Kim ty jestes, Granger? - warknal nagle.

- Co masz na mysli? - zwrocilam sie do niego zaskoczona.

- Wystarczyly dwa dni, zebys mnie przyswoila. Tylko dwa dni, kiedy nienawidzilismy siebie nawzajem przez lata. - opadl na lozko kryjac twarz w dloniach.

- Moze to nie trwa od tych dwoch dni? - zauwazylam.

- Moze...

Nie odzywalismy sie do siebie przez nastepne godziny. Po zjedzeniu sniadania wyjelam z torby kilka ksiazek i pograzylam sie w nauce. Malfoy co jakis czas podchodzil do okna zapalajac papierosa i wpuszczajac do pokoju chlod. Nic jednak nie mowilam, eliksir wywolal u mnie dziwny spokoj i brak ochoty do sporow. Nawet Historia Magii wydawala mi sie czyms radosnym. Wertujac kolejne strony uswiadamialam sobie ile dzialo sie w czasach o ktorych nawet nie mialam pojecia. Walki zapomnianych klanow, poszukiwania substancji przywracajacych zycie, dajacych wieczna mlodosc, zabijajacych milosc. Wszystko, do czego doszlismy oparte bylo na wiekach pracy i poswiecen. Podobnie jak powstawanie nowych grup spolecznych i odrzucanie wielu stereotypow. Dzisiaj moglismy spokojnie zakupic rozczki na Pokatnej, dawniej wyrabiano je w podziemiach ukrywajac sie przed oczami krolow i cesarzy. Cala struktura swiata magii powstawala z rozlanej krwi i potu. Niezwykle.
Kiedy zegarek na mojej rece ukazal godzine czternasta ktos zapukal do drzwi. Wyrwana nagle z zamyslenia spojrzalam wpierw na nie a potem na mojego wspollokatora. Ze zdwojona czujnoscia podszedl do nich i uchylil oceniajac, kto zaklucil nasz spokoj.

- Ja do zielarki. - uslyszalam melodyjny glos Jamesa. Natychmiast podbieglam do Malfoya otwierajac drzwi szerzej. Mezczyzna stal na korytarzu ubrany w fioletowy garnitur, okulary z zielonymi szklami i standardowo - melonik.

- Wejdz. - zaprosilam go odsuwajac sie do srodka. Wilkolak wszedl do srodka trzymajac w dloni skorzana teczke.

- Mam dla was kilka informacji. - odparl siadajac na krzesle przy oknie.

- Jak nas tutaj znalazles? - spytal Draco podejrzliwie.

- Powiedzmy, ze was wyweszylem. - usmiechnal sie informator. - I nie tylko was. Poszukiwanych rowniez. Co prawda nie bylo to proste, zaszyli sie w dosc...cuchnacym miejscu i uwierzcie mi, nawet bezdomny nie chcialby tam nocowac, ale oni najwyrazniej nie maja z tym problemu. - siegnal do swojego bagarza i wyjal z niego kilka kartek spietych w jednym rogu. - Tutaj macie adres, nie moge was zapewnic, ze sa tam nadal. Swoje zadanie jednak wypelnilem. - podeszlam do niego zabierajac dokumenty. Byla wsrod nich mapa z zakreslonym w czerwonym kolku miejscem. Do tego sprawozdanie z przeprowadzonego sledztwa.

- Dziekuje za pomoc. - odparlam podchodzac do swojej torby. Wyjelam z niej dwa eliksiry, ktore mialy sluzyc za zaplate. James wzial je z usmiechem na twarzy i bez slowa wyszedl z pomieszczenia. Znow zostalismy sami. Malfoy stal pod sciana przygladajac sie przyniesionym przez mezczyzne papierom. Nie wygladal na zadowolonego.

- Co sie dzieje? - spytalam podchodzac do niego. Pokrecil przeczaco glowa.

- Jak moglem o tym nie pomyslec? - mruknal bardziej sam do siebie.

- Konkretnie. - zazadalam.

- To dawne miejsce kultu. - odparl. - Bedac tam twoja magia wzrasta wielokrotnie, ukrywano tam kiedys czarownice, aby uchronic je przed stosem.

- Czytalam o takich miejscach. - przyznalam. - Nie dostaniemy sie tam bez ich zaproszenia.

- W tym problem. - rzucil kartki na lozko i znow podszedl do okna. Nie otworzyl go jednak. - Jezeli wrocimy teraz do
Hogwartu moga nam uciec. Blaise napewno znalazl kilka takich miejsc, sa ze soba polaczone przenosnikami niewidocznymi dla Ministerstwa.

- Musimy wrocic, inaczej dowiedza sie, ze zniknelismy i zaczna cos podejrzewac. To raczej bedzie znaczace, jezeli oboje rozplyniemy sie w powietrzu.

- Wiem. - przyznal. - Wroc do szkoly, ja sie tym zajme. - zakomunikowal.

- Nie ma takiej opcji. To ja pozwolilam Ginny odejsc, nie zrobie tego po raz drugi. - zapezylam sie.

- Blaise jej nie skrzywdzi. On ja kocha. - powiedzial z niesmakiem. - Weasley widocznie tez cos od niego chce, skoro na to poszla. Dam sobie rade sam, ale ktos musi sprawiac pozory. - patrzylam na niego przez chwile. Byl pewny siebie i to denerwowalo mnie najbardziej.

- Jesli to prawda, to nie pozwoli ci tak po prostu do nich przyjsc. Predzej Ginny wpusci mnie. - zauwazylam trafnie. Nie odezwal sie znow wbijajac wzrok w przestrzen za budynkiem. Chcialam poznac jego mysli, mowil tylko zdawkowo o tym, co chodzilo mu po glowie. Wiedzialam jednak, ze nie pozwoli mi tak latwo w nie wtargnac. Mialam juz dosyc walki z chlopakiem jak na jadna dobe. Wrzucilam wszystkie rzeczy do torby i wyjelam z niej czysty sweter. Spodnie byly juz suche, wiec zabierajac potrzebne mi artefakta zniknelam za drzwiami lazienki doprowadzajac sie do stanu uzytecznosci. Zdziwilam sie, gdy w lustrze ujrzalam swoje odbicie. Bylo jakby cieplejsze, radosniejsze. Magia czyni cuda. Pewniejsza siebie wyszlam zamykajac za soba wejscie do komnaty kafelek.

- Jedzmy teraz do nich. Moze uda sie cos zdzialac. - zaproponowalam. Draco pokiwal tylko glowa spodziewajac sie zapewne takiej odpowiedzi.

Mugole przemieszczaja sie w dosc prymitywny sposob. Ich srodki komunikacji najwyrazniej wiecznie sa zatloczone i na dodatek przybywaja o zupelnie innych porach niz powinny. Pomimo to po niecalej godzinie znalezlismy sie na obrzezach miasta. Deszcz przestal padac, wiatr jednak nadal wial zaciecie. Granger trzymajac sie za ramiona rozgladala sie na boki kiedy wkroczylismy na puste pole. Prawdopodobnie i ona poczula cos dziwnego, ciezkiego w powietrzu. Niewidocznego dla mugolskiego oka, ale dla nas dostrzegalnego i odstraszajacego.

- Jak porozumiec sie z nimi? - spytala rozgladajac sie wokol.

- Trzeba ich do tego zmusic. - odpowiedzialem znuzony. Wkurwialy mnie te wszystkie gierki. Musialem jednak dopasc Blaise'a i zabrac od niego swoja wlasnosc. Swiadomie mi ja odebral chcac zniszczyc caly plan. Sa sily, ktore nawet dla niego stanowia wyzwanie. Jedna z nich jestem ja.

- Jezeli trzasne jakims zakleciem przed siebie, to pomoze? - znow zwrocila sie do mnie. Miala zaczerwienione policzki od chlodu. Jej wlosy unosily sie w roznych kierunkach. Cos w moim wnetrzu chcialo moc tak na nia patrzec bez konca. Otrzasnalem sie jednak szybko karcac za tak absurdalne mysli. Ona i tak byla juz martwa.

- To nic nie da. Potrzebujemy czegos konkretniejszego. - rozejrzalem sie wokol. W oddali ujrzalem skupisko przemoknietych drzew. - Podpale je.

- Co? - warknela. - Chcesz ich zabic? - popatrzylem na nia poblazliwie.

- Granger, ogien im nie zagrozi, jednak na bank wyjda z kryjowki.

- To bez sensu. Jezeli maja mozliwosc przeniesienia sie z jednego kominka do drugiego, to po prostu to zrobia. Ogien jedynie ich odstraszy a my znowu bedziemy bez zadnych danych. - zauwazyla.

- To sama cos wymysl. - jeknalem zirytowany. Czy ona zawsze musi zauwazac rzeczy, ktore tylko wszystko komplikuja? Dziewczyna znow obejrzala sie wokol siebie. Widzialem zamyslenie w jej oczach. Chcialem zajrzec do glowy Gryfonki i wyczytac jej mysli. Z drugiej strony tym razem zeby ja obezwladnic musialbym chyba trzasnac Granger avada.

- Wiem! - jej wzrok nagle wbil sie w moje oczy. To podekscytowanie, nikt nie potrafil az tak go ukazywac jak ona. Na dodatek bylo to dziwne, obce, przyjemne... - Chroni ich pole, prawda?

- Yhym. - przytaknalem.

- No wlasnie! Pole to nic innego jak skupisko energii. Jezeli chcesz sie jej pozbyc to masz dwa wyjscia. Wchlonac ja...nie wiem, w proznie, albo wytworzyc inne pole. Niekoniecznie wielkie w rozmiarach, ale na tyle silne, aby moglo cie przepuscic tworzac wokol ciebie jakby banke. Fakt, jest to niebezpieczne. Jezeli chociaz na chwile oslabimy swoja moc to zostaniemy zwyczajnie zgnieceni przez grawitacje, ale to chyba jedyna mozliwa dla nas opcja. - zaskoczyla mnie. Nie moglem tego ukryc, bo po raz kolejny udowodnila, ze jej slawa jest prawdziwa. Ona ma po prostu umysl o nieograniczonych mozliwosciach.

- Jak je wywolamy? - spytalem przechylajac lekko glowe. Znow zamyslila sie na chwile. Nie trwalo to jednak dlugo. Zdjela rekawiczke z jednej dloni i wyciagnela ja do mnie.

- Spokojnie, nie oszlamisz sie. - dodala z gorycza. Najwyrazniej eliksir tracil swoja moc.

- Irytujesz mnie, Granger. - warknalem. Pokrecila tylko oczami. Na dowod zamknalem jej dlon w silnym uscisku.

- Dobra, zrobimy tak. Ty zrobisz jej zarys a ja je wypelnie. - najwyrazniej widziala moje powatpiewanie. - Zaufaj mi. - dodala z sila. Westchnalem tylko skupiajac sie. Zbierajac w sobie cala sile umyslu jaka posiadalem wypuscilem z siebie srebrna poswiate. Silna i stanowcza. Utworzyla konkretny zarys tarczy otaczajacej nas i ochraniajacej przed niechcianymi czynnikami. Dziewczyna zamknela oczy. Z jej ciala zaczela wydobywac sie polyskujaca zlotem mgla. Ciepla, uspokajajaca. Pachniala nia wrecz. Otoczyla nas szczelnie. Poczulem sie razniej, szczesliwiej. Taka wiec byla Granger. Wypelniona miloscia.

- Prowadz mnie. - szepnela. Scisnalem mocniej jej dlon idac przed siebie. Caly czas kontrolowalem swoja energie. Nie minela chwila gdy cos ciezkiego otoczylo nas ze wszystkich stron. Zloty pyl zaczal blednac.

- Nie boj sie. - przygarnalem dziewczyne do siebie. - Oboje chcemy przezyc, damy rade ale musisz wytrzymac. Wiem, ze czesto tracisz wiare w siebie, ale w tym momencie ja w ciebie wierze. Zrob to samo, Hermiono. - ciepla mgla znow zaczela wypelniac przestrzen. Stala sie jeszcze przyjemniejsza niz wczesniej. Zaskoczylo mnie to, moje slowa podzialaly chociaz nie zastanawialem sie nad nimi. Bylem po prostu szczery.

- Chodzmy. - usmiechnela sie lekko nie otwierajac oczu. Ruszylem przed siebie nie puszczajac jej dloni. Pole wokol nas przybieralo na sile uciskajac umysl. Nie moglismy jednak sie poddac, nie w momencie, w ktorym bylismy tak blisko celu. Zalala nas glucha cisza dudniaca w uszach. Rozgladalem sie na boki starajac dostrzec jakikolwiek znak Zabiniego. Ukryl sie jednak dobrze, jak na niego przystalo. Dlugo czynil plany. Chcial uciec od dawna przed swoim przeznaczeniem. Jego zycie, podobnie jak moje, nie nalezalo do niego. Zdawal sobie z tego sprawe a pomimo to wszystko komplikowal. Zatrzymalem sie na chwile skupiajac na widoku przed soba. W oddali zamajaczyla mi postac wielkiego, drewnianego budynku. Niestety, to z czym sie zmagalismy nie bylo jedyna przeszkoda. Dom bowiem otaczala fosa. Jedynym przejsciem byl niepewny, wiszacy most. Znow popatrzylem na Granger.

- Mamy problem, ale nie panikuj. - szepnalem ignorujac rozsadzajacy bol czaszki. - Przed nami jest wielka dziura i kawalek drewna. Przejdziemy po nim, tylko nie rob zadnych chaotycznych krokow.

- Pospieszmy sie. - jeknela cicho. Dopiero wtedy zauwazylem, ze zrobila sie blada. Scisnalem mocniej jej dlon kierujac sie przed siebie. Mokra trawa zaczynala rzednac na rzecz czarnej ziemi. Tak, jak sie tego spodziewalem urwisko konczylo sie stromo i ukazywalo otchlan, ktorej podloza nie bylem w stanie dostrzec. Prawdopodobnie upadek zajalby wieki i predzej umarlibysmy ze starosci, niz dotkneli konca. Zdeterminowany wkroczylem na niepewny most. Zakolysal sie gwaltownie pod naszym ciezarem. Cofnalem sie natychmiast obkrecajac Granger wokol siebie i chowajac w ramionach. Dyszala cicho.

- Zrobimy inaczej. - scisnalem ja mocniej, gdyz chroniace nas pole zaczelo uginac sie pod ciezarem sily, jaka na nie napierala. - Wezme cie na rece. - pokiwala glowa zgadzajac sie. Kolejna twarz dziewczyny. Ostatkiem sil podnioslem ja tak, aby nie puszczac dloni Gryfonki. Byla lekka, co ulatwialo sprawe. Ociezale ruszylem przed siebie znow wchodzac na rownie pochyla. Stanalem na chwile lapiac rownowage. Granger ufnie schowala twarz w mojej szyi.

- Ufam ci. - szepnela. Poczulem w sobie nieopisane cieplo, jakby ktos wlal we mnie eliksir rozgrzewajacy. Szybko zrozumialem, co to bylo. To ona. A raczej resztki sil, jakie miala. Nie moglem sie poddac, musialem pokonac ten cholerny most, albo zginelibysmy niechybnie. Zrobilem kolejny krok, potem nastepny, jeszcze jeden. Nie myslalem o niczym innym jak celu, ktory byl coraz blizej. Drewniane szczeble przeswitywaly odbierajac resztki pewnosci siebie, jednak nie moglem przestac. Cos w srodku napedzalo mnie do dzialania. Jedyne, czego pragnalem do przetrwac i zabrac dziewczyne w bezpieczniejsze miejsce. Samego mnie to zaskakiwalo, ale rozmyslania o tym pozostawilem na pozniej. Gdy znalezlismy sie na srodku przejscia otaczajace nas pole zniknelo. Zareagowalismy na to natychmiast oddychajac gleboko. Granger otworzyla oczy patrzac na mnie wyczerpana. Wygladala jak cien czlowieka, wrecz przelewala sie w dloniach.

- Nie patrz w dol. - zastrzeglem wykonczony. Nie odpowiedziala nic znow chowajac sie w mojej szyi. Czulem jej oddech na swoim karku. Wywolywal u mnie dreszcze...podniecenia.

Potem wszystko potoczylo sie natychmiast. Most zakrecil sie wokol wlasnej osi i oboje zdezorientowani ledwo zlapalismy sie poreczy zrobionej z grubej liny. A raczej ja, w ostatniej chwili bowiem zlapalem dziewczyne za reke. Wystraszona krzyknela patrzac w przestrzen pod nami.

- Draco! - popatrzyla na mnie przerazona.

- Trzymaj sie. - warknalem przez zeby spinajac w sobie wszystkie miesnie, aby tylko wciagnac nas spowrotem. Lina bolesnie wbijala mi sie w dlon przebijajac ja powoli. Pot oblewal moje cialo, jednak musialem dac rade. Nie moglem sie poddac, nie bedac tak blisko.

- Draco! Magia tu nie dziala! - jeknela trzymajac w drugiej dloni rozczke. Kurwa, tego brakowalo. Zdani jedynie na nasze ciala i umysly. Bylismy bez szans. Granger zaczela zeslizgiwac sie z mojej dloni. Zlapalem ja mocniej, jednak nic to nie dalo. Zaczela opadac w przepasc.

Krzyknelam czujac otaczajacy mnie podmuch powietrza. Chlostal cale moje cialo niemilosiernie. Zamknelam oczy czujac, ze serce zaraz peknie ze strachu rozbryzgujac sie na miliard kropli. Cale zycie ukazalo sie w moim umysle. Krzywdy matki, pierwsze spotkanie z McGonagall i poznanie prawdziwych przyjaciol, ekscytacja zwiazana z magia, pierwszy pocalunek po balu z okazji wiosny, zatroskana twarz Draco...Nagle silne ramiona oplotly mnie w swoim uscisku. Otworzylam szybko oczy. Malfoy przycisnal mnie do siebie tak mocno, ze az nie moglam oddychac.

- Wybacz. - szepnal. Wpilam sie w jego usta nie myslac juz o niczym. On zrobil to samo pozwalajac nam na smierc...

Dziekuje za komentarze. Ciesze sie, ze ktos jednak czyta moje wypociny;)

niedziela, 17 lutego 2013

Rozdzial 8

Wrocilismy do pokoju zmoknieci i zmarznieci. Akurat w momencie, w ktorym opuscilismy sklep zielarski rozpetalo sie prawdziwe pieklo i deszcz ze sniegiem wygonil wszystkich do mieszkan. Nie moglismy pozwolic sobie na inny transport niz nogi, aby nie zwrocic na siebie uwagi Ministerstwa, ktore ostatnimi czasy skazywalo do Azkabanu nawet za niewielkie przewinienia. Kiedy przekroczylismy prog pomieszczenia natychmiast zrzucilam z siebie wiekszosc ubran i nie zwracajac uwagi na wpatrzonego we mnie Malfoya przebralam sie w suche spodnie i sweter. Lazienka byla na tyle mala, ze nie ukrylabym sie w niej calkowicie a chlopak byl mi calkowicie obojetny. Do tego nie przyznalby sie przed nikim, ze widzial szlame w bieliznie, w koncu jego czysta krew nie pozwalala na takie wybryki i niepotrzebne plotki. Od razu wskoczylam pod koc odkladajac wczesniej przemoczone ubrania na krzeslo obok kaloryfera. Byla nikla szansa, ze jego slaba temperatura pomoze im dojsc do znosnego stanu.

W tym czasie blondyn niespiesznie chodzil po pokoju w samych spodniach. Przy niklym swietle swieczek ustawionych w kacie wygladal niczym grecki bog. Jego cialo bylo niestety idealne w swoje budowie. Pozbawione zbednego owlosienia bogate w miesnie. Moja uwage zwrocila szrama na barku, nie odezwalam sie jednak. Nie mial znaku Smierciozercy na ramieniu, to wystarczylo abym byla spokojniejsza. Ubral szare, dresowe spodnie i usiadl obok mnie rozkladajac sie w najlepsze.- Nie za wygodnie? - mruknelam.

- Jakbys nie zajmowala tyle miejsca, to byloby wygodniej. - przyznal.

- Gbur. - odparlam rozsiadajac sie szerzej, przez co nasze ciala styknely sie ze soba. Popatrzyl na mnie zirytowany. - Nie szlam sie siedzac obok. - dodalam odbierajac jego mine jako zniesmaczenie. Zamknal oczy wzdychajac glosno.

- Nic nie rozumiesz, Granger. Zupelnie nic. Pokazalem ci dzisiaj jedno z wspomnien a ty nic nie rozumiesz... - mowil tak cicho, ze ledwo go rozumialam.

- Co tu jest do rozumienia? - warknelam. - Och, prosze cie, Malfoy! - wstalam mocno wkurzona. - Wiesz, jaka jest prawda? Prawda stoi wlasnie przed toba, bo to ty nic nie rozumiesz! Ja ogarniam, szczerze ze nie bylo ci lekko, ale zauwaz iz moje zycie rowniez nie nalezalo do najprostszych. Ciebie przynajmniej bylo stac na normalny posilek w ciagu dnia, ja czasami nie jadlam nic przez kilka dni bo amfa troche kosztuje, a matka byla bez niej na glodzie i nie dawala mi zyc! Raz nawet chciala mnie spalic, ale ogarnela sie w odpowiednim momencie i cudem przezylam. Na pamiatke mam blizny na plecach, napewno je zauwazyles ze swoim sokolim wzrokiem. Najlepsze jest to, ze uratowala mnie dla pieniedzy, gdybym zginela zabraliby jej alimenty i wrzucili do pierdla. Gdyby nie to nawet nie pomyslalaby o bolu, ktory wtedy czulam. O plonacej skorze szesciolatki! Ty przynajmniej mogles zapomniec o swojej codziennosci w szkole, ja nawet tam znosilam ponizenia i szykanowanie! Tak, panie czysta krew. Nawet nie zdajesz sobie sprawy co mi robiles. Potem wracalam do domu, o ile nazwanie go tak nie jest swietokradztwem. Matka na wstepie zamykala mnie w pokoju i nie chciala widziec, na szesnaste urodziny dostalam od niej najpiekniejszy prezent na swiecie. - odparlam z gorycza. - Otrula mojego kota i wrzucila go do kubla na smieci kazac mi to wyniesc jeszcze na smietnik! Rozumiesz? Jedyna istote, ktora kochala mnie bezwarunkowo! - slowa zaczely wieznac mi w gardle. Na dodatek moj glos stal sie bardziej ochryply a oczy niebezpiecznie zapiekly. Nie przestalam jednak pod naglym naplywem adrenaliny. - Kiedy mialam trzynascie lat zamknela mnie w piwnicy za to, ze dostalam okres. Zwykla, kobieca rzecz ale ona stwierdzila, ze bede sie puszczac i przez caly tydzien trzymala w ciemnosciach i wilgoci. Gdyby nie fakt, ze zaczela sie szkola siedzialabym tam jeszcze dluzej. Po tym od razu trafilam do skrzydla szpitalnego. Wyglodzona i schorowana. Profesor McGonagall chciala mi pomoc, ale prawo nie dawalo jej takiej mozliwosci. Wlasnie przez te czysta krew okreslono mnie jako podczlowieka i do osiemnastego roku zycia musialam pozostac pod opieka matki... - cos rozrywalo mnie od srodka, poczulam ze policzki mam mokre a dlonie kurczowo zaciskam na spodniach od pizamy. Czulam sie obnazona z czegos, co mialam pozostawic w sobie. Na dodatek powiedzialam o tym Malfoyowi, co tylko pogarszalo moj stan. Zawsze pilnowalam swoich emocji, ale ten zasrany dupek wywolywal w mojej glowie rzeczy, ktore sama mnie zaskakiwaly. Najbardziej jednak rozproszylo mnie jego zachowanie. Wstal i bez slowa podszedl do mnie. Pewnie i powaznie patrzyl w moje oczy. Nie bylam w stanie wytrzymac tego spojrzenia, wiec skupilam sie na podrapanych panelach. Nie odezwal sie, jedynie dotknal mojej twarzy wycierajac lzy. Popatrzylam na niego wystraszona i niepewna tego, co robil. Po chwili zamknal mnie w swoich ramionach. Goracych i dajacych dziwne poczucie stabilnosci. Nie wytrzymalam szlochajac glosno. Dawno tego nie robilam, nie uronilam ani jednej lzy od kilku lat. Nauczylam sie dusic w sobie bol. W tamtym momencie jednak puscily wszelkie hamulce. Jakis dziwny ciezar spadl z mojego serca i poczulam sie lzejsza o kilogramy swoich tajemnic.

- Uczono mnie nienawidzic takich jak ty. - szepnal mi do ucha. - Wpojono mi nienawisc, Granger. To nie jest cos, czego moge pozbyc sie w kazdej chwili. Jak mam sie zachowac, skoro nie pokazano mi tego? Nie zdajesz sobie sprawy jak mieszasz mi w glowie. - poczulam dreszcz przebiegajacy po moich plecach.

- To ty mieszasz mi w glowie. - odpowiedzialam cicho nie odrywajac sie od niego. - Bo nigdy nie wiem, czego mam sie po tobie spodziewac.

- Nie mozesz niczego. Nie jestem w stanie spelnic zadnej obietnicy, bo moje zycie nie nalezy do mnie. - przycisnal mnie mocniej do siebie.

- Dlaczego o nie nie walczysz? - pokrecilam glowa. Wypuscil mnie ze swoich ramion siadajac przede mna na ramie lozka.

- Jestem pozbawiony takiego prawa. Tak naprawde tylko to nas rozni. Wolnosc. Ty swoja mozesz jeszcze zbudowac, ja jestem skazany na porazke. Dobrze wiesz, kim sie stane za kilka miesiecy. Obserwowalem cie od dawna, ty mnie rowniez. Jezeli nie przystapie do Niego, zabije mnie. Robiac to natomiast sam pozbawie siebie zycia w momencie, w ktorym bede mogl go oslabic. Dlatego tak zalezy mi na Zabinim, on zna pewne metody abym osiagnal swoj cel. - nadal trzymal moje dlonie tworzac wokol nas dziwne pole energii. Emanowala z jego napietego ciala. Gdzies za oknem uderzyl piorun rozswietlajac okolice. Westchnelam ciezko siadajac obok niego.

- Myslisz, ze mozemy zakopac topor wojenny na dluzej? - spytalam usmiechajac sie do niego slabo.

- Do momentu, w ktorym nie staniemy przeciwko sobie. - odparl sceptycznie. Wystarczylo mi to. Nie chcialam obietnic bez pokrycia.

- Nadal chcesz poczuc Azkaban? - zaproponowalam. Pokiwal potwierdzajaco glowa. - Niech i tak bedzie.

Poczulem jej male dlonie na swoich policzkach. Swiat zawirowal i znalezlismy sie na stromym, wietrznym wzgorzu. Przenoszac sie do wspomnien nie odczuwamy chlodu, goraca czy deszczu. Pomimo to nieopisany szron okryl moje wnetrznosci. Obok nas zauwazylem Granger i Pottera. Oboje wygladali na niepewnych i wystraszonych, pewnie jednak ruszyli przed siebie po stromych schodach. Dziewczyna, ktora przywiodla mnie tutaj poszla za nimi. Zrobilem to samo. Cala droga wygladala jak niekonczacy sie ciag kamiennych stopni, ktorych wciaz przybywalo. Gryfonka idac obok mnie zachowywala sie, jakby nie robilo to na niej zadnego wrazenia. Widocznnie trawila to wspomnienie juz wiele razy i obraz, ktory mi ukazala byl w niej zakorzeniony dosc mocno. Nie wiem dokladnie ile szlismy, ale niebo zaczynalo przybierac ciemniejsza barwe. Wokol wiezienia majaczyly postacie dementorow. Spotkalem ich nie raz, ale takie natezenie tych istot robilo ogromne wrazenie. Zdalem sobie sprawe, ze to one umrocznily okolice.

- Harry, jestes pewnien, ze chcesz to zrobic? - dobiegl mnie glos mlodszej Granger.
- Mialam siedemnascie lat. - wtracila jej obecna postac.

- Nie mam innego wyjscia, Hermiono. Mowilem ci, ze moge przyjsc tutaj sam. - odpowiedzial Zloty Boy.

- Nie zostawie cie z tym samego. - zaoponowala dziewczyna. Zatrzymali sie.

W mgle majaczyl kontur zeliwnej bramy. Zza niej wylonil sie niski mezczyzna w meloniku. Od razu rozpoznalem w nim Knota. Bez slowa wpuscil nas do srodka. Azkaban przepelniony byl jekami wiezniow. Mijajac kolejne kraty widzialem cienie ludzi, tyle z nich pozostalo. Bezwladni, omamieni nieznana sila mowili sami do siebie. Ci silniejsi lapali sie rur i krzyczeli cos do nas, jednak ich mowa mieszala sie w milionie dialektow. Niektorzy wisieli glowami do ziemi z wykreconymi bialkami, inni przykuci do maszyn tortur mieli porozrywane w akcie strachu i cierpienia szczeki. Kajdany zgrzytaly glosnym echem. Poczulem ramiona Granger oplatajace moje. Jednak zaczela sie bac. Wszystko bylo niezwykle realistyczne, zaskoczyla mnie swoimi zdolnosciami. Szlismy dalej obserwowani przez sciany, z ktorych zwisaly setki poropialych oczu. Co jakis czas kamienna posadzka trzesla sie w niekontrolowany sposob. Wszedzie bylo pelno krwi, ktora roztaczala wokol zapach nie do opisania. W innych miejscach lezaly ludzkie jelita i inne wnetrznosci. Gdy przechodzilismy pochodnie za nami tracily swoje swiatlo tworzac mrok, ktory poglebial uczucie pustki.  Wiatr swiszczal z nieznanych kierunkow. W niektorych celach widzialem dementorow. Wokol nich wszystko zamienialo sie w lod. W koncu Knot zabral glos.

- Oto wasza cela. Macie minute. - zakomunikowal. W jego glosie wyczulem zdenerwowanie. Za kratami dostrzeglem chuda postac. Blada, koscista, prawie bez zycia.

- Harry? To ty? - zachrypniety glos brzmial niemal blagalnie.

- To ja...


Znow bylem w pokoju. Dziewczyna dalej siedziala obok mnie, jej rece opadly na kolana.

- Kogo szukal Potter? - spytalem przygladajac jej sie uwaznie.

- To juz jego sprawa. - odpowiedziala zdawkowo.

Czulem, ze chce poznac prawde. Mozliwe, iz nie byla mi do niczego potrzebna, jednak irytowala mnie nieswiadomosc. Bez ostrzezenia przygniotlem Granger do lozka i trzymajac ja za nadgarstki jedna dlonia dotknalem jej skroni. Bronila sie, jednak nic nie mogla zrobic. Znow bylem we wspomnieniu. Tym razem jednak widzialem je oczami powietrza, bez Gryfonki obok. Czulem bol w glowie, dobrze wiedzialem, ze stara sie pozbyc mnie ze swojego umyslu.

- To ja Syriuszu. - szepnal bliznowaty. - Znalazlem dowody, zeby cie uratowac. Niedlugo wrocisz do domu.

- Harry...to ty? - dopiero wtedy zauwazylem, ze Black jest slepy. Mial wypalone oczy, pokryte szramami i zakrwawione. Gryfon natychmiast krzyknal do Knota.

- Co wy mu zrobiliscie?! - minister tylko wzruszyl ramionami.

- Harry...nie wierzylem, ze jeszcze kiedys cie spotkam... - szeptal wiezien.

- Uratuje cie! Rozumiesz?! Niedlugo stad wyjdziesz, to tylko kwestia dni. - zapewnial Potter.



Podobno jedynym slabym punktem u mezczyzny sa jego genitalia. W akcie desperacji kopnelam chlopaka kolanem w czule miejsce. Podzialalo, gdyz natychmiast wyskoczyl z mojej glowy i jeknal zdenerwowany. Nie myslac o niczym siegnelam po rozczke i przystawilam mu ja do gardla.

- Jak smiesz? - warknelam. Gniewnie mordowal mnie wzrokiem. Dawny Malfoy powrocil, wiedzialam o tym.

- Zamilcz, szlamo. - jad w jego glosie wzbudzil we mnie agresje.

- Licz sie ze slowami, bo moga byc ostatnimi, ktore wypowiesz. - odparlam nie spuszczajac z niego wzroku.

- Nic mi nie zrobisz, Granger. Jestes na to za slaba. - zasmial sie szyderczo.

- Jestes tego tak pewny? - przechylilam lekko glowe.

- Tak. - znowu to zrobil. Po raz kolejny omijajac wszelkie prawa fizyki siedzial na mnie trzymajac i swoja rozczke w dloni. Skierowana w moje serce. - I co teraz powiesz? - spojrzal na mnie wyzywajaco.

- Jestes taki sam, jak twoj ojciec... - szepnelam przygnieciona jego ciezarem. Przez twarz chlopaka przebiegl dziwny cien i po chwili zapadla ciemnosc. Glucha, niepewna ciemnosc.


sobota, 16 lutego 2013

Informacja

Zapraszam na nowy blog! Ten oczywiscie bede kontynuowac. Na tamtym stworzylam nowa, inna historie. Mam nadzieje, ze przypadnie komus do gustu. :)


http://caffeine-cocaine.blogspot.com/


piątek, 15 lutego 2013

Rozdzial 7

Poranek okazal sie dziwny. Kiedy wstalam pokoj byl pusty. Ze strachem przypomnialam sobie, co dzialo sie wczesniej i zirtowana opadlam ciezko na poduszke. A raczej kafel, ktory mial ja udawac.

- Krolestwo za kawe. - jeknelam kladac sie na brzuchu. Chociaz zegarek na moim nadgarstku pokazywal dopiero siodma czulam sie tak, jakby zblizal sie wieczor. Deszcz odbijal sie glosno od parapetu a wiatr zmuszal go do mocniejszego spotkania z oknem. Z ulicy dobiegal gwar poranka. Ludzie szli do swoich prac, szkol, niektorzy dopiero wracali do domu. Wszyscy tak nieswiadomi tego, co dzieje sie tuz obok nich.
Nie dostrzegali wojny, ktora powoli zblizala sie do ich kruchych cial. Byli najslabszym celem. Bezbronni.

- Mysle, ze nie posiadasz tego krolestwa. - poderwalam sie momentalnie slyszac glos chlopaka. Siedzial jak gdyby nigdy nic pijac kawe. Na stoliku obok dostrzeglam druga.

- To dla mnie? - spytalam zaskoczona. Pokiwal jedynie twierdzaco glowa wyjmujac paczke mugolskich papierosow z kieszeni.

- Jestem ciekaw czym roznia sie od naszych. - przyznal podchodzac do okna. Uchylil je lekko i odpalil jedna fajke zaciagajac sie dymem. W dziwny sposob zirytowal mnie fakt, ze w calej tej otoczce wszystkiego byl po prostu interesujacy. Na dodatek nigdy nie wiedzialam, czego moge sie po nim spodziewac, co w sumie tworzylo pozadana mieszanke.

- I jak? - spytalam przyciskajac kubek na wynos do siebie.

- O dziwo nie jest zle. - przyznal. - Jak mugole je robia? - popatrzyl na mnie zaciekawiony.

- Pobodnie jak my, tylko nie uzywaja do tego magii. Wpierw zbieraja liscie tytoniu, potem je susza a na koniec zwijaja z nich papierosy dodajac filtry i bletki. - wzruszylam ramionami. Moja matka wciaz robila tzw. "skrety", wiec moja wiedza o tym byla wrecz doswiadczalna. Chlopak nic na to nie powiedzial znow wpatrujac sie w okno. Siegnelam po torbe i wyjelam z niej kosmetyczke, po czym zniknelam w prowizorycznej lazience. Ledwo moglam sie w niej zmiescic, na dodatek drzwi mialy niewielka dziure na srodku, czego wczesniej nawet nie zauwazylam. Westchnelam widzac swoje blade odbicie. Nie rozmyslajac nad tym dluzej umylam zeby i przemylam twarz. Nastepnie przebralam sie w czarne rurki i bialy sweter, po czym wyszlam z pomieszczenia. Chlopak dalej stal w tym samym miejscu pograzony we wlasnych myslach. Wygladal wrecz magnetycznie, blond wlosy opadaly mu na czolo tworzac artystyczny nielad. Oczy...te oczy, mozliwe ze potrafia przejrzec dusze kazdego. Dziwnie spokojne, zazwyczaj jednak szydzace z kazdego, na kim sie skupily. Z niej szczegolnie.

- Od czego zaczynamy? - spytalam znow siadajac na lozku. Popatrzyl sie na mnie i po chwili siedzial obok.

- Potrzebuje informacji o mugolskich stancjach. - odparl.

- Oni nazywaja je hotelami i motelami. - zauwazylam. - To nie problem, skocze do kafejki i sciagne z internetu caly spis londynskich osrodkow wypoczynkowych.

- Co zrobisz? - spytal przekrecajac lekko glowe.

- Niewazne, pokaze ci potem. Jakie miejsce prawdopodobnie przypadloby Zabiniemu do gustu? - zapytalam siegajac cpo resztke kawy.

- Ustronne i tanie. Nie chce rzucac sie w oczy. - przyznal. Westchnelam. Duzo miejsc pasowalo do takiego opisu a czas uciekal. Prawda jest taka, ze oni mogli byc doslownie wszedzie. Mogli przeciez zmienic sie w jakies szczury i mieszkac w kanalach...

- Mam pomysl! - krzyknelam odkladajac szybko pusty kubek. - Chodz! Szybko! - ponaglilam go zakladajac kozaki i plaszcz. Patrzyl na mnie zdezorientowany. Po chwili jednak wstal i ubierajac cieplejsze odzienie, warte zapewne wiecej niz moj caly dom, wyszlismy z motelu po skrzypiacych schodach.

- O co chodzi, Granger? - spytal, gdy minelismy dwie przecznice.

- Znam kogos, kto nam pomoze. - odparlam zakladajac skorzane rekawiczki i poprawiajac szalik. Uchwycilam zaciekawione spojrzenie Malfoya, nie powiedzialam jednak nic wiecej. On rowniez odpuscil przepytywanie mnie.

Londyn jest miejscem wielu barw, z jednej strony swiat kultury i uwielbienia do Krolowej. Z drugiej jednak strony kryje on tajemnice od ktorych dreszcz przechodzi po ciele. Jedna z nich miescila sie na terenie starych fabryk, ktore utracily dawna swietnosc i sluzyly jako miejsce porachunkow podziemnych gangow.

Po dluzszej chwili bylismy na miejscu. Wiatr nadal usilnie rzucal liscmi na wszystkie strony. W moim sercu zagoscila jednak nadzieja. Stalismy przy wejsciu do jednego z magazynow znanej firmy produkujacej czesci do aut i maszyn. Zapukalam pewnie w biale drzwiczki. Draco stal obok mnie nie wyrazajac zadnych emocji, lepsze to niz ironia i sarkazm. Widocznie i jemu zalezalo na odnalezieniu zaginionych przyjaciol. Nie minela sekunda a w wejsciu pojawil sie ciemnoskory mezczyzna. Na nosie zawisly mu okragle okulary z fioletowymi szklami. Wlosy, czarne i potargane schowal pod melonikiem. Ubrany w ciasna, biala koszulke ukazujaca efekty codziennego siedzenia na silowni zdjal robocze rekawice i usmiechnal sie na moj widok.

- Moja ulubiona klientka! - wyciagnal do mnie reke. Uscisnelam ja wchodzac do srodka.

- On jest ze mna. - zaznaczylam widzac nieufnosc w stosunku do Slizgona.

- Przyjaciele mojej zielarki sa moimi przyjaciolmi. - zakomunikowal siadajac. Skrzywilam sie na mysl, iz ja i blondyn mozemy zostac odebrani jako przyjaciele, ale nie skomentowalam tego. Odwrocilam sie do mezczyzny.

- James. - zwrocilam sie do niego. -  Musze znalezc dwie osoby. Prawdopodobienstwo pobytu w Londynie sto procent, mam malo czasu.

- Hmm...zdjecia, podstawowe dane i...zaplata. - usmiechnal sie szeroko wyjmujac cygaro z szuflady.

- Czego oczekujesz? - spytalam opierajac sie o element konstrukcji.

- Coz...jest taka jedna, moglbym ja w sumie kupic, jednak wolalbym zeby za mna szalala, rozumiesz. - zmarszczyl lekko nos gryzac cygaro. - Potrzebuje cos na nia. Do tego mam problem z przekonaniem jednego goscia do oddania mi kasy. Moglbym go zabic, ale wtedy juz nic nie dostane. - dodal powaznie.

- Zalatwie ci cos na obie sprawy. Ile zajmie ci odnalezienie ich? - spytalam rzucajac mu zdjecia i notatki, ktore trzymalam wczesniej w torbie. James zdjal okulary i zaczal przegladac wszystko, co mu przynioslam. Draco w tym czasie lustrowal mezczyzne uwaznym wzrokiem. Wiedzialam, ze czeka na wyjasnienia.

- Po weekendzie powinny byc juz jakies informacje. - odparl znow zakladajac okulary.


- Jak cie znajde? - spytalam.

- To ja ciebie znajde. - zakomunikowal. Pokiwalam twierdzaco glowa.

- Milego dnia! Moja zielarko! - uslyszalam jego rozbawiony glos. Pomachalam mu na pozegnanie i wyszlam na swieze powietrze. Blondyn ruszyl za mna.

Patrzylem zaskoczony na dziewczyne. Chyba nikt nie spodziewal sie, zeby wzorowa uczennica handlowala eliksirami z mugolami. A jednak, Granger byla czlowiekiem wielu oblicz, nigdy nie wiadomo ktore wlasnie ukaze.

- Zostawmy to jemu. Jezeli bedziemy szukac, to tylko przeszkodzimy w robocie. - odparla beznamietnie.

- Jak to zrobi? - spytalem niezbyt przekonany. Westchnela cicho.

- Nie wyczules, prawda? - popatrzyla na mnie. - Zaraz zacznie padac, chodzmy cos zjesc. - dodala kierujac sie w strone kawiarni. Poszedlem za nia czujac coraz wieksze zainteresowanie ta drobna istota. Irytowala mnie jednak nieswiadomosc.

Miejsce, ktore wybrala bylo opustoszale i zapuszczone. Za lada siedziala starsza kobieta z gazeta, w kuchni zauwazylem mezczyzne w podobnym do niej wieku. Pomimo to Granger chciala tam byc, jak widac bieda nie przeszkadzala jej w zadnym aspekcie.

- Poprosze kawe, czarna. I kanapke wegetarianska bez jajka. - zwrocila sie do starszej. Ta usmiechnela sie do niej i zawolala do drugiego pracownika.

- Jedna wegetarianska bez jajka, Charlie! - usmiechnela sie cieplo do Gryfonki i popatrzyla na mnie. - A dla pana?

- To samo. - odpowiedzialem nie znajac mugolskiego jedzenia. Dziewczyna popatrzyla na mnie zaskoczona.

- Maja tutaj dobre mieso, ty chyba raczej je jesz. - zauwazyla. Rzucilem jej powatpiewajacy usmiech. Przekrecila tylko oczami i zajela jedno z oddalonych miejsc. Usiadlem przed nia. W tle lecial jazz, nadajac dziwny klimat otoczeniu. Granger zdjela plaszcz i nachylila sie do mnie. Zrobilem to samo.

- James nie jest mugolem. - szepnela. - Jest wilkolakiem. To dosc...specyficzne w tej czesci swiata, ale jego zmysly sa niewyobrazalnie rozwiniete. "Wyweszenie" Ginny i Blaisa zajmie mu chwile.

- Skad go znasz? - pytalem dalej widzac, ze moge uzyskac odpowiedzi. Spuscila wzrok milknac na chwile.

- Kazdy ma swoja przeszlosc. - wzruszyla ramionami. - Potrzebowalam kiedys pomocy a on sie zjawil. Powiedzial, ze wyczul...mnie. Moje emocje. Od tamtego czasu utrzymujemy wspolprace. - patrzylem na nia ciekaw wspomnienia, ktore krylo sie za tymi wyjasnieniami. Ona najwyrazniej od razu zrozumiala co chodzi mi po glowie, gdyz cofnela sie natychmiast zdwajajac czujnosc. Usmiechnalem sie do niej zlosliwie.

- Czego tak sie boisz, Granger? Przeszlosc cie przerasta?

- Jestes smieszny, Malfoy. - warknela.

- Doprawdy? Nie mam nic do ukrycia. - sklamalem plynnie.

- Doprawdy? To pokaz mi cos. - wiedzialem, ze taki bedzie jej kolejny krok.

- Prosze bardzo. - odparlem dotykajac jej dloni.

Nagle przed moimi oczami ukazal sie obraz mlodego Draco. Ubrany w zwykla, szkolna szate siedzial przy wielkim stole w salonie czekajac zapewne na posilek. Wokol kszataly sie skrzaty domowe nie wydajac przy tym zadnych dzwiekow. Pomieszczenie wypelnione bylo barwami granatu, szarosci i bieli. Idealnie odzwierciedlalo chlod, jaki panowal miedzy domownikami. Tuz przed chlopakiem siedziala piekna kobieta. Jej dlugie, blond wlosy przypominaly bardziej zloto. Pomimo piekna, jakie posiadala wygladala na obojetna, pozbawiona wiekszych emocji. Moglabym nawet stwierdzic, ze to ona przyczyniala sie do tego zimna otaczajacego kazdego, kto na nia spojrzal.

- Mamo, kiedy przyjdzie tata? - glos mlodego Malfoya przywrocil mi wspomnienia. Ten sam bowiem w pierwszej klasie rozpoczal fale upokorzen i zlosci, jaka miedzy nami panowala przez lata.

- Nie wiem. - mruknela kobieta obojetnie. A wiec to byla ta slawna Narcyza, o ktorej po dzis dzien unosza sie opowiesci. Chlopiec poruszyl sie zdenerwowany na siedzeniu.

- Ale mial byc dzisiaj. Przeciez jutro wyjezdzam. - szepnal zamsucony. Pierwszy raz widzialam tak czyste emocje na jego twarzy. Jego matka nic na to nie odpowiedziala wstajac od stolu i znikajac na schodach.


Wspomnienie nagle zaczelo sie rozmazywac. Po chwili siedzialam w czyims pokoju. Jego barwy niewiele roznily sie od salony, od razu zrozumialam, ze to dalej jest posiadlosc Malfoyow. Zza bialych drzwi dobiegaly odglosy klotni. Nie minela sekunda a otworzyly sie z hukiem i wlecial przez nie rozwscieczony Lucjusz pchajac swojego syna, ktory upadl na ziemie. Szybko podbieglam do niego, jednak moja dlon przeniknela przez cialo blondyna. Wygladal na wystraszonego i wyniszczonego. Mial wtedy juz okolo pietnastu lat. Cala jego twarz i ramiona byly posiniaczone. Gdybym spotkala go w takim stanie na ulicy uznalabym, iz to jakis pijak a nie Slizgon.

- Nigdy nie waz mi sie sprzeciwiac! - warknal na niego ojciec. - Jezeli jeszcze raz odmowisz Czarnemu Panu bedzie torturowal cie tak dlugo, az umrzesz.

- Matko... - szepnal mlody. Za swoim mezem stala Narcyza. W dlugiej, srebrnej sukni wygladala jak aniol. Bylo to jednak mylne stwierdzenie.


- Sprzeciwiles sie ojcu. Zostales za to ukarany. - odparla beznamietnie. Po tym Lucjusz kopnal swoje dziecko w brzuch i rozzloszczony wyszedl z pokoju. Czulam klucie w sercu, pragnelam usniezyc jego bol, wiedzialam jednak ze to wspomnienie. Czas przeszly. Nic nie moglam na to poradzic.

- Zabije cie... - uslyszalam jedynie szept Slizgona i po chwili znow siedzialam w cieplej kawiarni. Wokol roznosil sie zapach kawy i dzwiek jazzu.  Malfoy dalej siedzial przede mna, jednak jego wzrok byl zamglony, jakby dalej ogladal te chwile. Zawsze wydawalo mi sie, ze jego zycie bylo sielanka. Drogie ubrania, znane nazwisko, wiele przywilejow. W szkole nigdy nie ukazywal slabosci, wciaz drwil z innych i ukazywal swoja wyzszosc. Na dodatek wiecznie Prorok chwialil Lucjusza umieszczajac przy tym pochwaly odnosnie jego syna, ktory mial kontynuowac rodzinna tradycje i ciagnac arystokratyczny rod dalej dajac mu swietlana przyszlosc. Okazalo sie jednak, ze to wszystko bylo fikcja. Propaganda tworzaca zludny obraz rzeczywistosci. Od dawna wiedzialam, iz Lucjusz jest Smierciozerca, jednak jego syn nie zaprzeczal ojcu. Przynajmniej tak myslalam...

- Kanapki i kawa dla panstwa. - z zamyslenia wyrwal mnie glos starszej pani. Popatrzylam na nia roztargniona. Szybko zauwazylam, ze nadal mam splecione palce z dlonia Malfoya. Cofnelam sie gwaltownie. Chlopak machinalnie polozyl banknot na tacy.

- Nie trzeba reszty. - dodal. Oczy kobiety rozszerzyly sie w zaskoczeniu.

- To bardzo duzo. - zauwazyla.

- Niech pani to wezmie. - westchnal usmiechajac sie szelmowsko. Pracownica zabrala pieniadze i zniknela w kuchni. Znow zostalismy sami. - I jak? - odezwal sie do mnie dalej nie spuszczajac wzroku z mojej twarzy.

- Jezeli odpowiem, ze mam kolejna setke pytan, to bedziesz chetny do odpowiedzi? - spytalam na wydechu biorac kanapke.

- Nic za darmo. - odparl przysuwajac do siebie kawe.

- Co chcesz jeszcze wiedziec? - czego moglam sie spodziewac? Blondyn rozsiadl sie wygodnie wazac zapewne slowa.

- Pokaz mi to, na czym mi zalezy. - usmiechnal sie cynicznie. 

- Nie chcesz tego widziec. - westchnelam. Przenikal mnie swoimi stalowymi oczami. Wrecz magnetycznie. On chcial to zobaczyc. - Zjedz. Nie tutaj. - poddalam sie wiedzac, iz obiecalam. Obietnic nalezy dotrzymywac, niestety.

czwartek, 14 lutego 2013

Rozdzial 6

Zastanawiam sie, czy ktos ogolem interesuje sie tym blogiem. Nie jestem lasa na komentarze, jednak konstruktywna opinia motywuje do dalszego dzialania a takiej niestety brakuje. Mam juz wiekszosc rozdzialow napisanych w notatniku i czekaja na publikacje, zalezy mi na tym, aby komus sprawialo to przyjemnosc. Dawno nie pisalam blogow, wiec wyszlam z wprawy bycia "bloggerem". Czytam duzo opowiadan, wiekszosc komentuje, ale niezbyt potrafie sie promowac i reklamowac. Na dodatek moj laptop ma juz swoje lata i raczej nie jestem w stanie ogarniac na nim lepszego wygladu bloga i innych udziwnien, a to chyba tez wplywa na Wasza opinie. Jezeli dla kogos moje opowiadanie jest ciekawe, interesujace to niech da znac. Bedzie mi po prostu milo widzac, iz nie pisze do powietrza a Czytelnika.
A teraz zapraszam do 6 rozdzialu.

Siedzielismy w motelowym pokoju. Londyn zalany deszczem usypial cale miasto. Zgodnie wybralismy bardziej obskurne miejsce na nocleg, aby nie skupiac na sobie niepotrzebnej uwagi. Moje srodki finansowe rowniez nie pozwalaly na zbytnia awangarde w wydawaniu pieniedzy. Pomieszczenie zajmowaly jedynie dwa lozka okryte szarymi kocami i umywalka z toaleta schowane za drzwiami przy wejsciu. Malfoy ledwo przekroczyl prog i polozyl sie na swoim poslaniu. Ja wpierw skorzystalam z lazienki przemywajac twarz zimna woda i czyszczac zeby. Przez cala droge nie odezwalismy sie slowem, on podazal za mna a ja tluklam sie z myslami. Ciazylo mi klamstwo, ktorym posluzylam sie, aby wyjechac z Hogwaru. Wracajac do wynajetego pokoju usiadlam na swoim lozku i rzucilam na nie torbe.

- Od czego zaczniemy? - spytalam widzac jego znuzona mine.

- Musimy ustalic prawdopodobne miejsca pobytu Blaisa i wiewiory. - odparl podnoszac sie do pozycji siedzacej.

- Nie nazywaj jej tak. - warknelam.

- Zabini na pewno szukal czegos ustronnego, ukrytego przed ludzkim wzrokiem. - kontynuowal pomijajac moja wypowiedz. - obstawiam jakies oddalone domostwo, zaklecia namierzajace nie dzialaly, wiec mogl rzucac tam spokojnie czary. - chlopak podrapal sie po karku i spojrzal na mnie.

- To nam duzo nie da. Jezeli jest gdzies w Afryce, albo Azji to bycie tutaj jest bezsensowne. - zauwazylam. Malfoy zasmial sie szyderczo.

- Granger, Granger...jak to mozliwe, ze uznano cie za jedna z madrzejszysz osob w szkole? - zadrwil. - Najciemniej jest pod latarnia. Zabini nie opuscilby tego miejsca, to nie lezy w jego naturze. Zbyt wiele tutaj posiada. Nie mowie tylko o pieniadzach. - przez chwile wzrok mojego rozmowcy stal sie jakby zamglony. Skryl szybko swoje oczy pod powiekami, po czym kontynuowal. - Jego matka zmarla dwa lata temu. Przyzekl, ze pomsci tych, ktorzy rzucili na nia avade. To zwiazalo go z Anglia. Tutaj bowiem dokonano na niej mordu. Bez wzgledu na to jak zauroczyla go Weasleyowa nie odpusci sobie zemsty. - popatrzyl na mnie usmiechajac sie cynicznie.

- Nie wiedzialam o tym, jak to mozliwe, ze Prorok nic nie wyweszyl? - zapytalam zaskoczona. Blondyn tylko wzruszyl ramionami.

- Ja swoje powiedzialem. Teraz ty cos w koncu zrob, bo inaczej uznam cie za bezuzyteczna. - oczywiscie, pan i wladca narzuca zasady.

- Posluchaj mnie, idioto. Nie robie tego dla ciebie, osobiscie mam w dupie jak sie czujesz i czego potrzebujesz. Nie jestem przedmiotem, wiec albo mnie szanuj, albo zwyczajnie zamilcz. Twoje opinie interesuja mnie tak samo jak tlenione wlosy Brown. Mozesz odgrywac kogo chcesz, ale gowno wiesz o zyciu skoro traktujesz innych gorzej od skrzatow domowych. - warknelam zla.

- Uwazaj na slowa szlamo. - gdyby wzrok mogl zabijac juz dawno poczulabym ziemie w ustach.

- Bo co mi zrobisz? Trzasniesz avada? Trafisz do Azkabanu. To nie jest najprzyjemniejsze miejsce, uwierz mi, widzialam je na wlasne oczy. Dementorzy uwielbiaja odbierac wiezniom resztki nadziei czekajac na moment, w ktorym zloza na ich ustach smiertelny pocalunek. Co najlepsze, nie czeka cie po tym upragniona smierc, o nie, to by bylo za proste. Twoja dusza na wieki przezywa wszystkie meki zycia, ktore wiodla. - zauwazylam na jego twarzy zaskoczenie. Ona na prawde byl az tak zapatrzony w siebie, ze nic nie wiedzial?

- Skad to wiesz? - spytal zbity z panatyku.

- Nie mam zamiaru ci o tym opowiadac, zajmijmy sie tym po co tutaj trafilismy. - odpowiedzialam chlodno.

- Zaciekawilas mnie szlamo, tak latwo nie opuszcze. - grozba w jego glosie zawisla nad naszymi glowami. Po chwili poczulam jak silne macki oplataja moja glowe. Cos zlowieszczego wkradalo sie do mojego umyslu poszukujac konkretnych wydarzen. Nie spodziewalam sie po Malfoyu az takiej zdolnosci, nie moglam jednak dopuscic do ukazania tych wspomnien. Nigdy. Patrzylismy na siebie walczac w podswiadomosciach. Moja tarcza przeciwko jego atakom. Prawdopodobnie ktos, kto patrzylby na to z boku wyszedlby z zalozenia, ze para dzieciakow pograzyla sie w rozmyslaniach i zastygla w przyjetych wczesniej pozycjach. Jedynie czarodziej dostrzeglby lune swiatla otaczajacego nasze postacie. Nie wiem ile to trwalo, kazda minuta oslabiala moja sile. Chlopak rowniez wygladal coraz gorzej, pomimo to nie odpuszczal. Widocznie wizja pobytu w Azkabanie, o ktorym plotki zmieniaja sie z dnia na dzien ciazyla mu od dluzszego czasu. Karma wraca do ludzi. Poczulam uklucie w plucach. Nagle przed oczami stanal mi obraz, ktorego sama sie nie spodziewalam.

Pozny wieczor. Za oknem snieg przykrywal caly swiat bialym puchem dajac zludne uczucie radosci. W jednym z domow oddalonych od centrum Londynu mieszkala mala dziewczynka wraz ze swoja matka. Z racji na uzaleznienia rodzicielki nie oplacono wszystkich rachunkow i wszedzie panowal ziab. W pewnym momencie owa dziewczynka przyszla do salonu, w ktorym kobieta ogladala telewizje palac papierosa i pijac piwo. Na to zawsze znajdowala pieniadze.
- Mamo... - szepnela niepewnie. Odpowiedziala jej jedynie cisza przerywana odglosami filmu. - Mamo. - odezwala sie glosniej skupiajac na niej swoja uwage.
- Czego? - mruknela gaszac papierosa o porcelanowy talerzyk.

- Zimno mi... - przyznala jej corka stojac w podziurawionych rajstopkach i ogromnej, poplamionej bluzie. Gdyby nie piekne, brazowe wlosy i wielkie oczy uznano by ja za skrzata domowego.

- Gowno mnie to obchodzi. - warknela Jean. Dziecko potarlo przemarzniete ramiona.

- Ale mamo... - szepnela spragniona milosci. Byla tak drobna, wystraszona. Kobieta wylaczyla telewizor i dzierzac piwo podeszla do swojej corki. W jej oczach igraly zlosliwe ogniki. Mloda juz wiedziala, ze czeka ja cos zlego, przykrego.


- Sluchaj mnie, bo nie bede powtarzac. - powiedziala sztucznie milym glosem. - Nie potrzebuje cie, dostaje za ciebie alimenty i tylko dlatego znosze twoja obecnosc w moim domu. Jestes mala wpadka, przypadkiem, ktory zniszczyl mi zycie. Nikt cie nie kocha, nikt nie chce. Nawet nie wiesz, jak twoj ojciec blagal mnie, zebym cie usunela, zabila. Jednak bylo juz za pozno na takie rzeczy. Probowalam sama przerwac ciaze, ale pomimo amfy i wodki ty jednak przyszlas na ten okropny swiat... - przerwala popijajac duzy lyk piwa. - Och...Helena...
- Hermiona. - wtracilo dziecko. Glosne plaskniecie rozeszlo sie po pomieszczeniu. Dziewczynka upadla na podloge trzymajac sie za piekacy policzek.

- Kurwa, nie przerywaj mi mala szmato! - Warknela kobieta. - Do pokoju, wynos sie! - wrzasnela za uciekajaca corka. - Jak ja cie, kurwa nienawidze!

Mala wersja Hermiony siedziala skulona pod kocem w kacie pokoju. Zamiast lozka miala jedynie materac z wystajacymi strunami. Zadnych zabawek, biale, wybrudzone sciany i zniszczone okno, przez ktore chlod wkraczal do srodka. Jedyne, co dziewczynka posiadala to ksiazka. Basnie braci Grimm, ktore traktowala jak najwiekszy skarb na swiecie.


Opuscilem jej wspomnienia oszolomiony tym, co zobaczylem. Bedac w nich czulem wszystko, co siedzialo w Granger, tak dziala odkopywanie przeszlosci w czyims umysle. Nagle w pomieszczeniu zapanowal chlod, czulem go w kosciach. Ze strachem popatrzylem w jej strone. Siedziala w tej samej pozycji co wczesciej a po jej policzkach splywaly lzy. Nie wydawala z siebie dzwiekow, niczym rzezba. Gdyby nie te cholerne lzy uznalbym, ze ktos rzucil na nia jakies unieruchamiajace zaklecie. Nie minela chwila, kiedy siegnela do torby i wyjela z niej jakas poniszczona ksiazke, podpalona w jednym miejscu. Trzymajac ja w dloniach glaskala okladke. Domyslilem sie, co to bylo. Jej jedyny ratunek z dawnego zycia. Nie wiem, dlaczego to zrobilem. Dlaczego wstalem i skierowalem sie do niej. Nie potrafie odpowiedziec sobie na to pytanie, co mna kierowalo kiedy chwycilem ja w ramiona i pozwolilem plakac przez nastepne minuty, ktore ciagnely sie w nieskonczonosc. Nie potrafilem tez wtedy nic powiedziec. Kazde slowo, ktore probowalem wypuscic z ust zatrzymywalo sie w krtani. Wszystkie wydawaly sie glupie i trywialne. Po chwili uslyszalem jej cichy glos.

- Czemu mi to robisz? Mieszasz w glowie... - szepnela w moja piers. Westchnalem zastanawiajac sie nad odpowiedzia.

- Tak mnie uczono. - zalosne. Tak zalosne.

- To twoje zycie, masz wiecej mozliwosci. - ledwo rozumialem slowa, ktore wypowiadala.

- Nie wiesz o tym nic, ja nie mam zadnej mozliwosci, Hermiono. Caly moj swiat jest jednym, wielkim planem. Kazdy szczegol podlega ocenie kogos, kto ma wladze nad moim zyciem i smiercia. Nie zalezy mi ani na jednym, ani na drugim...ale nie pozbede sie swojego pietna. - przyznalem zaskoczony wlasna szczeroscia. Z nikim nie rozmawialem o tym, co siedzialo we mnie. Wmawialem sobie, ze silni nie okazuja slabostek, jednak w tamtym momencie panowala jakas dziwna aura, ktora wprowadzala mnie wrecz w trans. Jej cieple cialo z ufnoscia lgnelo do mojego zimnego serca. Kobiety wiecznie pragnely mnie ze wzgledu na fizycznosc i majatek. Moglem je zdradzac, nazywac szmatami, one jednak wiernie byly na kazde moje skinienie. Dopiero ona okazala sie mi blizsza, niz sadzilem. Zupelnie odmienna od swiata, w ktorym zylem, jednoczesnie potrafiaca zrozumiec.

- Draco... - poczulem dreszcz slyszac swoje imie w jej ustach. - Dlaczego z tym nie walczysz? Dlaczego poddajesz sie bez walki, skoro i tak czekasz na stracenie? - podniosla delikatnie glowe patrzac mi w oczy. Czulem pekajace we mnie mury. Mury skladajace sie z cynizmu i obojetnosci.

- Bo nie mam o co walczyc, nie zalezy mi na niczym ani nikim. - przyznalem.

- Dlaczego wiec chciales wiedziec, jak wyglada pobyt w Azkabanie? - wyprostowala sie wbijajac we mnie wzrok. Znow westchnalem niepewny tego, czy chce jej wyjawic prawde.

- Chcialem wiedziec, jak cierpi moj ojciec. Upewnic sie, ze nie zazna spokoju za to, co robil bedac na wolnosci. - przyznalem wstajac. Zatrzymalem sie przy oknie skupiajac swoj wzrok na niklym swietle zepsutej latarni. Kim jestem, skoro zyje wieczna gra pozorow? Sam gubilem sie we wlasnych klamstwach i wymyslach. Nigdy nie wierzylem w te podniosle idee Smierciozercow. Takze slowa matki poddawalem analizie. Byla nieszczera i zamknieta w klatce, ktorej ojciec strzegl niczym cerber. Jedyne, na czym im zalezalo to sluzalstwo i ta cholerna krew arystokracji. Nic wiecej, brak konkretnych ideii i przyczyn. Nie moglem zadawac pytan, to tylko zloscilo ojca. Skurwiel...

- Pokaze ci te wspomnienia, jezeli odnajdziemy Ginny. - glos Granger wyrwal mnie z zamyslenia. Odwrocilem sie prawie wpadajac na nia. Stojac tak blisko dziewczyny dokladnie widzialem zlote promyki w jej teczowkach.

- Niech i tak bedzie. - zgodzilem sie przechylajac lekko glowe. Znow byla harda i opanowana. Odmienna od reszty ludzi.

Patrzylam w jego oczy. O dziwo nie wyrazaly tej malfoyowskiej nienawisci. Wygladaly na zamyslone, zamglone. Ja sama nadal nie moglam otrzasnac sie po tym, jak doznalam od niego az tak duzej dawki zmiennych emocji. Nie znalam go z tej strony i nie bylam pewna, czy podazanie owa sciezka przyniesie dobre efekty. Usmiechnelam sie do niego lekko wyciagajac reke.

- Zawieszenie broni? - spytalam powaznie, jednak czulam dziwne rozbawienie. Na twarzy chlopaka pojawil sie ten sam cyniczny usmieszek, jednak nie mial on w sobie szyderstwa. Widocznie i on podszedl do tego zaskakujaco pozytywnie.

- Zawieszenie. - podkreslil chwytajac moja dlon. - Idzmy spac, dokonczymy rano. - dodal wymijajac mnie i zdejmujac biala koszule. Po chwili koszulka, ktora mial pod spodem rowniez lezala na podlodze. W jej slad poszly i spodnie. Kiedy zostal w samych bokserkach polozyl sie na lozku i jakby nigdy nic zasnal. Patrzylam na niego przez chwile zaskoczona widokiem tak silnego i umiesnionego ciala. Poczulam rumience na policzkach, wiec szybko wyciagnelam z torby szare spodnie od dresu i zgasilam swiatlo. Po chwili spalam juz przykryta cienkim kocem. Motel nie slynal z dobrego ogrzewania, wiec skrecilam sie w klebek i nie myslac o chlodzie wyobrazalam piekne krajobrazy, ktore mialy uwidocznic sie w zblizajacym snie. Po chwili poczulam, jak ktos kladzie sie obok. Podskoczylam jak oparzona. Chlopak lezal obrocony do mnie twarza.

- Po prostu spij. - szepnal okrywajac mnie drugim kocem. Dla bezpieczenstwa przewrocilam sie tak, aby miec go na oku, gdyby chcial wywinac jakis numer. Zauwazylam usmiech na jego twarzy, w ciemnosciach nie bylam niestety w stanie stwierdzic jak bardzo jest szyderczy. Cos cieplego rozlalo sie w moim sercu, kiedy Malfoy zasnal a jego cialo zaczelo poruszac sie w takt miarowego oddechu.

- Dobranoc, Malfoy. - szepnelam.

- Dobrej, Granger. - mruknal usmiechajac sie szerzej. Pokrecilam tylko glowa i po chwili sen zlapal mnie w swoje objecia.

wtorek, 12 lutego 2013

Rozdzial 5



Wiesc o tym, ze siostra Rona zaginela rozniosla sie w zastraszajacym tempie. Szukali jej wszyscy, przetrzasnieto cala szkole, zawiadomiono odpowiednie wladze i wszystkich przepytano na temat wiedzy o dziewczynie. Jak sie okazalo, Blaise rowniez zniknal bez sladu. Po tym, jak przyznalam McGonagall, ze oboje spotkali sie przed wejsciem po pokoju wspolnego okreslono go jako porywacza. Rodzice Ginny zalamali sie po utracie corki, jednak dzielnie pomagali w poszukiwaniach. Rozwiesili ogloszenia i nadali powiadomienie do Proroka, ktory z racji na zastoj z informacjami przyjal ten temat jako dar losu i codziennie ukazywal nowe pogloski na temat mojej przyjaciolki. Ja sama bylam strzepkiem nerwow, czulam ze to po czesci i moja wina. Nie powinnam bylam zostawiac jej samej ze Slizgonem, im nie mozna ufac. Harry zniknal na miesiac ze szkoly wyruszajac na poszukiwania, nie pytal sie nikogo o zdanie w tej kwestii, zostawil jedynie wiadomosc na swoim lozku. Dyrektor szkoly sam zaangazowal sie we wszystko i osobiscie nadzorowal wszelkie akcje poszukiwawcze. Ja i Hannah ciagle przesiadywalysmy w bibliotece w celu znalezienia jakiegos zaklecia, ktore pomoze nam odnalez Weasley. Niestety, zadno nie skutkowalo. Prawdopodobnie byla pod oslona tak silnej magii, ze sam Voldemort nie moglby jej znalezc. Najgorsze bylo jednak oczekiwanie. Kazdego dnia z napieciem czytalam kolejne wydania Proroka, ktore pomimo krzykliwych tytulow nic nie wyjasnialy. Od tej sytuacji zaczela sie tez moja prywatna tragedia.

Siedzialam w sowiarni wysylajac kolejna wiadomosci do Ginny. Wierzylam, ze moze ta do niej dotrze, poniewaz inne powracaly po kilku dniach udowadniajac mi, ze jest ukryta bardzo dobrze i nawet sowy nie sa w stanie jej odnalezc.

Prosze, Ginny. Daj mi znac, ze zyjesz!
H.G.

Pozwolilam puchaczowi uleciec niosac kolejne strzepki mojej nadziei. Chodzily poglosy, ze ruda moze juz nie zyc, ja jednak czulam, ze gdzies tam jest. Ukryta przed prawda.

- Musimy porozmawiac. - z zamyslenia wyrwal mnie lodowaty glos mezczyzny. Obrocilam sie natychmiast zla, ze nie zauwazylam wczesniej jego obecnosci.

- Czego chcesz? - spytalam.

- Blaise jest niewinny. Ma wiele na sumieniu, ale nie skrzywdzilby Weasley. - odparl pewnie.

- Skad ta pewnosc? - staralam sie patrzec mu w oczy, chociaz czulam, jakby kazda moja komorka zamarzala pod ich wplywem.

- Znam go. Nie musisz mi wierzyc, ale on traktowal ja powaznie. Odradzalem mu to, jednak Diabel nie mial w naturze sluchac innych. Musze go odnalezc, ale nie znam mugolskiego swiata. Tobie zalezy na rudej, widze to, wiec pomozesz mi. - rzucil opierajac sie nonszalancko o framuge. Patrzylam na niego przez chwile trawiac informacje.

- Malfoy, nie ufam ci. Wiem, kim jestes. Twoje wyznanie o tym, ze chcec ratowac przyjaciela nie przemawia do mnie. - zaskoczyl mnie moj opanowany ton, gdyz wszystkie czesci mojego ciala chcialy w koncu cos zrobic, zeby odnalezc Ginny.

- Nie musisz mi ufac. To prosta opcja, kazdy korzysta. Jezeli ty w to nie wchodzisz, to sam wszystko zalatwie. Nie licz jednak, ze bede troszczyc sie o bezpieczenstwo Weasleyowny. - warknal.

- Nie waz sie jej krzywdzic! - wrzasnelam.

- Jutro jedziemy do Londynu, tam zaczniemy poszukiwania. Badz o szesnastej tutaj. - rzucil wychodzac. Zostalam sama z ochota rozbicia czegos o drzwi, za ktorymi zniknal. Nikt nie mieszal mi tak jak Slizgon.

Siedzialam na Obronie obok Hannah. Nie odzywalysmy sie do siebie zajete wlasnymi myslami. Kilka dni temu dziewczyna przyznala mi sie, ze jej rodzice chca wziac rozwod i czuje sie okropnie z brakiem mozliwosci bycia przy nich. Poznalam ich kiedys, na urodzinach mojej przyjaciolki. Wygladali na zakochanych i idealnie dobranych. Niebieskooka sama tak wlasnie ich okreslala. Tym bardziej nowina o prawdopodobnym rozstaniu spadla na nia jak grom z jasnego nieba. Ja natomiast myslami bladzilam do wczorajszej rozmowy z blondynem. Bylam zdezorientowana i niepewna tego, co chcialam zrobic. Rozum zakazywal, jednak cos w srodku rwalo sie do dzialania. Mialam ogromne poczucie winy, gdybym tylko zostala wtedy z nia...

- Moze pani Granger odpowie na to pytanie? - jadowity glos Cole rozproszyl moje mysli. Popatrzylam na nia zdezorientowanym wzrokiem. "Niewidzialnosc" uslyszalam w glowie czyisc glos. Bez zastanowienia udzielilam takiej odpowiedzi. Blondynka patrzyla na mnie chwile, po czym przerzucila dlugie wlosy na druga strone i wrocila do pisania na tablicy. Probowalam okreslic, kto wrzucil do mojego umyslu te mysl, jednak bylam zbyt rozproszona w sobie, aby to ogarnac. Rozejrzalam sie wokol i napotkalam leniwe spojrzenie Malfoya. Na jego twarzy pojawil sie cyniczny usmieszek, po czym zmienil obiekt obserwacji na swoj pergamin. - To byl on... - pomyslalam. Tylko jak Slizgon dostal sie do mojej glowy? Czyzby byl az tak dobry w te gierki?

- "Idiota." - rzucilam w jego strone. Rozporzadzanie psychika nie bylo dla mnie problemem. Znow spojrzal na mnie, tym razem zaskoczony.

- "No prosze, nasza Granger ma ukryte zdolnosci." - zironizowal.

- "Dlaczego podrzuciles mi odpowiedz?" - spytalam odwracajac wzrok.

- "Moze nie jestem tym, za kogo mnie uwazasz?" - odpowiedzial pytaniem.

- "Nie robisz nic bezinteresownie." - warknelam.

- "Oj, Granger, Granger. Twoja szlamowata niepewnosc az mnie zaskakuje. Wy tak wszyscy? Brak blekitnej krwi miesza wam w pewnosci siebie?" - poczulam wrzaca we mnie krew. Nie chcialam jednak dac sie sprowokowac. Nie jemu. Temu rasistowskiemu wymoczkowi.

- "Wole nie miec w sobie blekitnej krwi, niz nosic nazwisko Malfoy." - nasze spojrzenia skrzyzowaly sie. Widzialam jak wysyla mi cala nienawisc jaka do mnie zywil i nie szczedzilam mu tego samego. - "Jestes nikim, nie masz serca." - dodalam zamykajac swoja glowe. Nie slyszalam go juz, ale wyobrazalam sobie cala wiazanke przeklenstw, ktore probowal mi poslac. Nic to jednak nie dalo, zbyt dlugo pozwalalam sobie na bycie ofiara. Przez cale dziecinstwo znosilam ponizenia i nienawisc w domu, ktory mial byc dla mnie ostoja milosci. Nic nie moglo bardziej mnie zniszczyc.

- A co do panny Weasley, o ktorej ostatnio jest bardzo glosno. - odezwala sie nauczycielka. W ciasnych rurkach i bialej koszuli prezentowala swoja idealna figure, jakze by inaczej. - Pan Potter najwyrazniej pragnal wykazac sie odwaga, jesli jednak ktokolwiek wpadnie na taki sam pomysl i nagle urwie sie ze szkoly, obiecuje, moze zaczac szukac sobie nowej uczelni. - popatrzyla na nas znaczaco. Zacisnelam dlonie w piesci. Chcialam wygarnac jej, ze jest zwykla suka, jednak powstrzymalam sie wiedzac, ze moge za to wyleciec ze szkoly. Dzwonek zadzwonil chwile pozniej uwalniajac mnie z meki, jaka bylo przebywanie w towarzystwie Cole i Malfoya.

- Jak sie czujesz? - spytalam Rona, kiedy w trojke wyszlismy z sali. Nie wygladal najlepiej, jego twarz stracila dawna sloneczna barwe a oczy dzieciecy blask. Malo jadl, rzadko kiedy sie odzywal. Cien czlowieka. Popatrzyl na mnie zaskoczony.

- A jak myslisz? - mruknal.

- Martwimy sie o ciebie. - Hannah odezwala sie cicho.

- Nie potrzebuje tego. - odparl.

- Wszyscy cierpimy. - westchnelam zatrzymujac sie w bardziej odosobnionej czesci korytarza. - Zrozum, Ron. Kochamy ja. Ginny jest...

- Nie ma jej! O to wlasnie chodzi! Ona juz nigdy nie wroci, a ja nie moge nic na to poradzic! - wrzasnal czerwony. - Kurwa! To moja siostra a nawet Harry moze wiecej niz ja! Ogarniacie to chociaz? Dalej chcecie mi pieprzyc, ze wszystko bedzie dobrze i ze ona niedlugo wroci?! Chrzanie to, gowno wiecie, to ze twoja matka cie nie kocha nie pozwala ci na... - moja reka sama powedrowala do policzka chlopaka uderzajac o niego z glosnym plaskiem. Zszokowany patrzyl na mnie gniewnie, po czym odszedl klnac po drodze. Kilka osob obrocilo sie zaskoczonych przez co poczulam sie jeszcze gorzej. Nie mial prawa tego mowic! Dobrze wiedzial, jak mozna mnie zranic i wykorzystal to zasloniony wlasnym, wiesniackim ja.

- Hermiona... - glos niebieskookiej zwrocil na nia moja uwage. Patrzyla na mnie ze wspolczuciem. - Chodzmy stad. Mam w kufrze kawe i kilka innych rzeczy, mysle ze obu nam nalezy sie troche odpoczynku.

- Chodzmy... - westchnelam. - Zgodze sie na wszystkie twoje propozycje. - na twarzy dziewczyny pojawil sie cieply usmiech.

- Przyjaznimy sie, nie? To normalne. Mozesz na mnie liczyc. - zapewnila czochrajac mnie po glowie. Pierwszy raz od dawna poczulam usmiech na wlasnej twarzy. Pewniejsza siebie zniknelam po chwili w wejsciu do pokoju wspolnego.

Jak sie okazalo, nie byl to koniec popisow Rona. Wystarczylo przekroczyc prog, aby zauwazyc, ze pomieszczenie jest w totalnej rozsypce. Ze scian spadal tynk, lampy zwisajace wczesniej z sufitu lezaly roztrzaskane na podlodze a zloty lew Gryffindoru trzymal sie chyba jedynie sila woli na ostatnim gwozdziu. Fotele byly w stanie agonalnym, stoly nadawaly sie jedynie do wrzucenia w ogien. Kilku pierwszoroczniakow wyszlo z korytarza prowadzacego do pokoi.

- Co sie tutaj stalo? - pierwsza odezwala sie Hannah.

- Ten chlopak, brat zaginionej dziewczyny. On sie wsciekl i zaczal rzucac zakleciami a potem uciekl. - wytlumaczyla wystraszona dziewczynka.

- Trzeba powiedziec McGonagall. - zauwazylam.

- Ja to zrobie, ty idz do pokoju i ogarnij czy nie wlamal sie tam jakos. - rzucila i wyszla zanim zdazylam cokolwiek odpowiedziec.

- Idzcie wszyscy do swoich dormitoriow. Nie wychodzcie dopuki nie pojawi sie ktorys z nauczycieli. - zakomunikowalam usuwajac spod nog rozne czesci wystroju i przeciskajac sie w strone korytarza. Kiedy dotarlam juz do schodow przemknelam do swojej sypialni. Drzwi byly na szczescie cale, w srodku tez wszystko bylo w takim samym ukladzie, w ktorym pozostawilysmy go rano. Skierowalam sie do miekkiego lozka opadajac na nie zmeczona. W ciagu dwoch tygodni wydarzylo sie tak wiele, ze ledwo moglam poukladac wydarzenia w logiczna calosc. Na dodatek Ron i jego ataki agresji. Pozostala mi godzina do spotkania z Malfoyem a ja nadal nie mialam zadnej wymowki, zeby tak po prostu zniknac na weekend z Hogwartu. Nie chcialam nikogo oklamywac, jednak w tej sytuacji prawda tylko zatrzymalaby mnie na miejscu a nie o to przeciez chodzilo. Bylam po czesci winna znikniecia Ginny, musialam ja odnalezc. Nawet, jesli wymagalo to przebywania w towarzystwie irytujacego Slizgona. Nie minela chwila, a w drzwiach pojawila sie Hannah z mina meczennika. Najwyrazniej opiekunka naszego domu nie byla nazgyt zadowolona po tym, jak zobaczyla pokoj wspolny.

- McGonagall niezle sie wkurzyla, ale machnela raz rozczka i wszystko wrocilo na swoje miejsce. Tylko przy oknie plywa jakas smolista substancja, chyba efekt slabo wywolanego Monoka (duch wscieklosci). Powiedzialam jej co i jak, ale i tak kazala ci udac sie do niej. - rzucila siadajac obok mnie.

- A co z Ronem? - mruknelam. Dziewczyna tylko wzruszyla ramionami.

- Nie wiem, chyba wyslala Filcha, zeby go znalazl...a wiesz co to znaczy, rudy ma przerabane. - odparla wyjmujac z kufra opakowanie popcornu serowego.  - Lec do niej lepiej. - dodala widzac, ze znowu zaczynam uciekac w przemyslenia.

- Jasne. Juz. - natychmiast wstalam. Wychodzac z pokoju zauwazylam profesor McGonagall rozmawiajaca ze Snapem o czyms. Kiedy mnie zauwazyli nietoperz jedynie prychnal niezadowolony i trzepoczac zlowieszczo szata zniknal za wejsciem do domu Gryfonow.

- Panno Granger, prosze o jakies konstruktywne wyjasnienia. - zazadala. Nie wiedzialam od czego zaczac. Prawdopodobnie opowiadanie o tym, ze uderzylam Rona w twarz niekoniecznie przypadloby nauczycielce do gustu a nie chcialam dostac w prezencie szlabanu.

- Poklocilismy sie. - przyznalam. - Ronald bardzo zle znosi te cala sytuacje z Ginny i coraz trudniej jest mu panowac nad soba. Bardzo chce pomoc w poszukiwaniach, ale nie ma takiej mozliwosci. To dla niego...ciezkie. Strata. - nie tylko dla niego, dodalam w myslach.

- Za takie zachowanie nie mam innego wyjscia jak odjac Gryffindorowi 50 punktow. I tak macie szczescie, profesor Snape proponowal 200, ale to bylaby juz przesada. - przyznala. Poczulam irytacje, poniewaz Weasley nie zdobywal prawie zadnych bonusow na lekcjach a teraz jeszcze zabiera nam efekty ciezkiej pracy.

- Pani profesor. - prawdopodobnie byl to jedyny dobry moment, aby przekonac ja do wolnego weekendu. - Wiem, ze rok szkolny trwa i jeszcze troche pozostalo do swiat, ale chcialabym odwiedzic moja mame. Martwie sie o nia, zle wygladala kiedy wyjezdzalam z domu. Odrobilam juz wszystkie prace domowe, czy moglabym na ten weekend wrocic do domu? - klamstwo, jakie piekne i czyste klamstwo. Nigdy nie posadzalam siebie o az tak wielka i glupia odwage. O dziwo nauczycielka odebrala wszystko jako najprawdziwsza prawde.

- Zdaje sobie sprawe jak jest ci ciezko. Wiem tez, ze nie zaniedbasz swoich obowiazkow, jezeli na jeden weekend opuscisz Hogwart...jednak po tych okropnych zdarzeniach z ostatnich dni obawiam sie, czy to aby nie jest zly pomysl. Tutaj jestes bezpieczna. - przyznala.

- Pani profesor, prosze. - jeknelam blagalnie.

- Dobrze... - westchnela. - Ale za spoznienie, lub nieprzygotowanie dostanie pani szlaban do konca roku, panno Granger. - odparla tonem nieznoszacym sprzeciwu.

- Dziekuje. - wydusilam z siebie zaskoczona. Kiedy kobieta wyszla z pomieszczenia pobieglam znow do swojego dormitorium. Hannah lezala na swoim lozku jedzac popcorn i czytajac magazyn dla mlodych czarownic. W nogach lezal jej cudowny kot, ktoreg zabrala kilka dni temu z mugolskiego schroniska. Oczywiscie wiedza o tym nie przekroczyla drzwi naszego pokoju.

- Musze pojechac na weekend do matki. Czuje, ze cos jest nie tak, mam zgode a zaraz pociag odjezdza ze stacji. - mowilam w pospiechu pakujac rozne rzeczy do torby. Na wszystko rzucilam zaklecie zmniejszajace, dzieki czemu zmiescilam nawet ogromny tom "Magii codziennej dla zaawansowanych".

- Zostawisz mnie sama z Lavender? - mruknela siegajac po cole. Nigdy nie potrafilam pojac, ze dziewczyna jadla wiecej niz niejeden chlopak a pomimo to wazyla tyle co piorko.

- Tylko na weekend. - obiecalam bardziej sobie niz jej.

- Jakbys czegos potrzebowala, to daj mi znac. -  usmiechnela sie lekko glaszczac swojego pupila, ktory wolal jednak polozyc sie na poduszcze.

- Jasne. - odparlam wychodzac z pomieszczenia. Zegar wybijal juz szesnasta.

Wiedzialem, ze przyjdzie. Wszyscy Gryfoni sa tacy sami. Wiecej brawury niz rozumu. Wystarczylo zagrac na jej poczuciu winy i zgoda niemal wyplynela z jej ust. Pozostalo przemiescic sie do sowiarni i tam czekac na przyjscie dziewczyny...szlamy.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdzial 4



Minelo kilka dni, ktore glownie spedzalam w bibliotece z Hannah i na bloniach w towarzystwie reszty. Pogoda nadal byla upalna, chociaz w powietrzu mozna bylo wyczuc nadchodzaca jesien. Profesor Cole nie odezwala sie do mnie wiecej, szczegolnie ze z testu dostalam maksymalna ilosc punktow. Czasami zdarzalo mi sie spogladac w strone Malfoya, ale on nie zwracal na mnie szczegolnej uwagi, wiec szybko odpuscilam sobie rozmyslania na jego temat. Bardziej zaskoczylo mnie zachowanie Ginny, ktora wydawala sie byc nieobecna i wiecznie bladzila gdzies myslami.

- Co sie dzieje? - spytalam, kiedy zostalysmy same w Wielkiej Sali. Dzien dobiegal konca i niewiele osob przebywalo tam, zeby sie uczyc.

- Nic takiego. - mruknela ruda.

- Klamiesz. Szczerosc za szczerosc. - unioslam jedna brew. Dziewczyna westchnela jedynie i dalej gryzmolila cos na pergaminie. - Ginny, nikomu nic nie powiem, ale popatrz na siebie. Wygladasz jak Bezglowy Nick, praktycznie cie nie ma. Powiedz mi o co chodzi?

- To zbyt glupie. - szepnela.

- Twoj argument jest inwalida. - odparlam podpierajac glowe dlonia. Pokrecila tylko oczami, po czym odlozyla pioro.

- Zakochalam sie w kims...w kims nieodpowiednim. Widzisz...to Slizgon, a zeby bylo lepiej Zabini. Nie chodzi o to, ze jestem uprzedzona do niego z racji na fakt, z jakiego jest domu, no ale Hermiona...on i Malfoy sa tacy sami. - poczulam cos niemilego w sobie, kiedy uslyszalam nazwisko blondyna. Sluchalam jednak dalej. - Zaczelo sie w tamtym roku szkolnym. Rozstalam sie z Harrym i bardzo ciezko to przechodzilam. Sama z reszta wiesz, bylas przy mnie. W pewnym momencie musialas wrocic do domu, na Rona nie mialam co liczyc a mama prawdopodobnie nie dalaby mi chwili spokoju, gdyby dowiedziala sie o wszystkim. Jakos na poczatku samych wakacji siedzialam w pubie z Lavender, w Minley. Ona jak zwykle opowiadala o tym, jaki to moj brat nie jest cudowny i ze najchetniej to by go wziela na stole do bilardu. - skrzywila sie.

- Nie obraz sie Lavender, ale srednio sie czuje. To chyba po ciescie dyniowym mamy, nie czekalam az ostygnie. - westchnelam znuzona. Czego moglam spodziewac sie po Brown?

- Rozumiem. - zrobila smutna minke i wyjela z torebki szminke, ktora chetnie napakowala na usta. - Jakbys miala mozliwosc spiknac mnie z Ronem, to wiesz. - puscila mi oczko, na co usmiechnelam sie sztucznie i po chwili kazda z nas szla juz w swoja strone.
Nie myslalam zbytnio ktoredy wracam do domu. Nora znajdowala sie od pubu jakies cztery kilometry dalej, a slonce nadal mocno swiecilo na niebie, wiec zamiast teleportowac sie do kuchni przez kominek wykorzystalam ten czas na dlugi spacer. Nie zaszlam jednak daleko, kiedy ujrzalam kogos na ziemi. Lezal nieprzytomny, wiec natychmiast podbieglam do postaci. Po chwili okazalo sie, ze to chlopak, na dodatek znajomy.

- Wszystko w porzadku? Obudz sie! - trzasnelam go w policzek. On natychmiast otworzyl oczy. Popatrzyl na mnie zdezorientowany.

- Co sie dzieje? - spytal bardziej sam siebie.

- Nie wiem, wyszlam z Steve Yoe i zobaczylam ciebie tutaj. Byles nieprzytomny. - odpowiedzialam.

- Kurde...nie pamietam, dlaczego. - szepnal lapiac sie za glowe. Zauwazylam, ze ma poraniony policzek. Wyjelam rozczke i wyczyscilam rane czarami. O dziwo nie protestowal.

- Powinienes przejsc sie do Munga. Mozesz miec uszkodzony mozg czy cos. - przyznalam.

- Dam sobie rade, dzieki. - odparl podnoszac sie. - Blaise. - przedstawil sie. Poslalam mu nikly usmiech mowiac kim jestem.

- Wlasnie wracam do domu. - rzucilam zaklopotana. Pierwszy raz od dawna bylam oniesmielona jakims facetem.

- Odprowadze cie. Przynajmniej tak moge sie odwdzieczyc. - mial cieply, uprzejmy ton glosu. Nie wiem, dlaczego sie zgodzilam...


- Rozmawialismy potem o wszystkim. Nauczyciele, ludzie w szkole, marzenia. Naprawde milo spedzilam z nim czas Hermiono! - popatrzyla na mnie z nadzieja. - Duzo do siebie pisalismy i spotykalismy sie do polowy wakacji. Bardzo przy nim odzylam, jednak...potem cos sie stalo. Widzisz, on sie zmienil. Nie wiem, dlaczego. Przestal odpisywac na moje listy a jak w koncu sie spotkalismy byl zimny i obcesowy. Zupelnie inny, niz chlopak ktorego poznalam wtedy w Minley. Powiedzial, ze nic nas nie laczy i mam mu dac spokoj, bo jestem nikim. - westchnela. - I od tamtego czasu nie rozmawialismy...do przedwczoraj. Spotkalismy sie przez przypadek w bibliotece. Zrozum! - zlapala mnie za reke. - Patrzyl na mnie przez chwile z taka dawka tesknoty, ze az czulam to w kazdej komorce mojego ciala! A potem wyszedl, tak po prostu...i dlatego nie wiem, co mam zrobic. Cos jest nie tak, ja to wiem. Musze jakos z nim porozmawiac. Wole znac najgorsza prawde, niz nie wiedziec nic. - patrzylam na nia chwile zaskoczona wszystkim, co uslyszalam. Przyjaznilysmy sie od lat a ona zataila przede mna az tak wazna sprawe. Z drugiej strony ja rowniez posiadalam sekrety, o ktorych nie opowiadalam nikomu.

- Moze to cos zwiazanego z Tym-Ktorego-Imienia-Wymawiac-Nie-Wolno? - rzucilam cicho. - Wiesz, ze Slizgoni sa z nim bardzo mocno zwiazani. Moze to o to chodzi?

- Mozliwe, tym bardziej chce z nim porozmawiac. - przyznala. - Chodzmy do dormitorium, jestem spiaca a jutro mam zajecia z ta nowa. - mruknela.

- Tez za nia nie przepadam. - przyznalam. - Jest irytujaca, jak to w ogole mozliwe, ze ona uczy?

- Nie wiem, ale strasznie slini sie na chlopakow. - rzucila wstajac. Wyszlysmy szybko z pomieszczenia komentujac Obrone Przed Czarna Magia, kiedy tuz przy portrecie Grubej Damy pojawila sie wysoka postac. Zabini...

Zostawilam ich samych. Ginny byla moja przyjaciolka, ale wiedzialam, iz moja obecnosc jedynie przeszkodzi im w swobodnej rozmowie. Wchodzac do pokoju wspolnego zauwazylam Rona, Lavender i Harrego. Chlopacy wygladali na zaklopotanych a blondynka szczerzyla sie do Weasley'a. Podeszlam do nich siadajac na jednym z foteli przy kominku.

- Hej Hermiona. - przywital mnie Harry. - Ogarnelas juz referat dla Snape'a? - oczywiscie, Eliksiry nigdy nie dawaly nam spokoju. Nietoperz uwielbial znecac sie nad uczniami i na starcie zadal Slizgonom esej o roslinach wykorzystywanych w Mezopotamii. My, jako Gryfoni dostalismy do tego jeszcze wypracowanie na temat wywarow wzmacniajacych umiejetnosci obronne, wszystko trzeba bylo opisac zaczynajac od starozytnosci.

- Po czesci. - przyznalam. - Nie dokonczylam jeszcze pozytywizmu, ale za duzo wtedy sie nie dzialo.

- Mamy jakis referat u Snape'a?! - wrzasnal Ron.

- Jak zawsze. - zauwazylam zaskoczona. Weasley wstal, jakby ktos uderzyl go piorunem i polecial do swojego pokoju.

- Jest cudowny... - szepnela Lavender. - patrzylam na nia przez chwile z mieszanymi uczuciami. Nie wiedzialam, co jest takiego "cudownego" w moim przyjacielu, przynajmniej w aspekcie mezczyzny do zwiazku.

- Nie wiem. - mruknelam. - Ide dokonczyc to wypracowanie, do jutra. - sklamalam udajac sie do swojego dormitorium, gdzie czekalam z niecierpliwoscia na Ginny. Dziewczyna jednak nie pojawila sie juz wiecej w Hogwarcie.

niedziela, 10 lutego 2013

Rozdzial 3



Kazdy dzien byl tak naprawde wielkim odliczaniem. Kazdy, kto Jemu sluzyl czekal, az nadejdzie czas powstania Czarnego Pana. Sam patrzylem na to obojetnie, nie zalezalo mi ani na zyciu, ani na smierci. Zbyt czesto lamano moj hart ducha i za dlugo uczono, ze jestem jedynie maszyna. Maszyna do zabijania...tylko ta Granger...

Pierwsza noc w Hogwarcie byla czyms wspanialym. Kazde dormitorium wyposazone bylo w cztery ogromne lozka, ktore wrecz kusily iloscia poduszek i miekka koldra. Na dodatek barwy Gryffindoru dodawaly otuchy i nadziei. W pokoju wspolnym, nad kominkiem, wisiala wielka, zlota glowa lwa. Swiadczyla ona o odwadze i mestwie naszego domu. Podobno odznacza nas to, ze mamy wiecej odwagi niz rozumu, ja jednak zawsze wychodzilam z zalozenia, iz jest to jedynie zawistne okreslenie ludzi, ktorzy wiele mowia, ale nic nie robia. Swoj pokoj zajmowalam z Ginny, Lavender i Hannah. Lavender niekoniecznie lubilam z racji na jej pewnego rodzaju prostactwo, wiecznie opowiadala o "przystojniakach" i zbierala zdjecia najslawniejszych chlopakow ze szkoly dzielac sie z nami jacy to oni nie sa fantastyczni. Uwielbiala swoje blond wlosy i potrafila spedzac caly poranek na czesaniu ich i ukladaniu. Do tego wiekszosc jej ubran mienila sie barwami rozu i fioletu. Hannah natomiast miala bardzo ciepla osobowosc i wraz ze mna zbierala najwyzsze noty w nauce. Czesto siedzialysmy razem nad esejami, praca szla wtedy szybciej i przyjemniej. Wizualnie rowniez bylysmy podobne, tylko jej oczy mialy barwe czystego nieba. Hannah - laska, mozliwe, ze cos w tym jest. Ginny byla minimalistka. Na stoliku obok lozka trzymala jedna fotografie calej rodziny i kosmetyczke. Wszystko zawsze ukladala w idealny sposob karcac nas czesto za balagan. Bardzo przypominala wtedy swoja mame, pania Weasley.
Pierwsze zajecia, rozpoczynajace nowy rok znajdowaly sie na pierwszym pietrze. Z racji na fakt, iz prowadzila je nowa pani profesor, wszyscy czekali na nie z nieukrywanym zaciekawieniem. Uwazano bowiem, ze Obrona Przed Czarna Magia byla przedmiotem obciazonym jakas klatwa. Co roku kazdy nauczyciel z roznych przyczyn odchodzil, wiekszosc byla omamiona moca Volemorta, niektorzy wlasnego uwielbienia. Chcialam zapytac sie Hannah jak minely jej wakacje, gdyz poprzedniego wieczoru natychmiast zasnelysmy, ale drzwi do sali zajec otworzyly sie z glosnym skrzypnieciem i pojawila sie w nich profesor Cole. Miala na sobie opinajaca posladki spodniczke do polowy ud w kolorze kruczym zwiazana w talii czarna wstazka, czerwona koszule uwydatniajaca jej pelny biust. Na nosie spoczywaly okulary, blond wlosy zwiazala w perfekcyjny kok. Gdyby nie fakt, iz wczesniej przedstawiono ja jako nowego nauczyciela moznaby uznac ja za aktorke filmow porno, co podkreslaly niebotycznie wysokie szpilki. Gestem dloni zaprosila wszystkich do sali. Wiekszosc chlopakow zapomniala o przepuszczeniu dziewczyn przodem i sliniac sie poszli za profesorka. Plec piekna natomiast mordowala kobiete wzrokiem. Zajelam miejsce na tyle, gdyz wszystkie pierwsze lawki zajeli glownie Slizgoni. Najwyrazniej bzykanie ich dziewczynek juz im nie wystarczalo.

- Witam wszystkich. - zaczela lekcje kokieteryjnym glosem. Hannah spojrzala na mnie wymownie, na co odpowiedzialam jej cynicznym usmieszkiem. -
od dzisiaj to ja bede prowadzila zajecia z Obrony. Mam nadzieje, ze wszyscy szybko znajdziemy wspolny jezyk i przyjemnie spedzimy caly rok. Na dzisiaj przygotowalam wam prosty test sprawdzajacy wasza wiedze. - po klasie rozszedl sie pomruk niezadowolenia. - Spokojnie, nie bedzie liczyl sie do ocen, chce po prostu wiedziec na jakim poziomie jestescie. W ten sposob skupimy sie na waszych najwiekszych problemach a zdolniejsze osoby beda miay szanse jeszcze bardziej rozwinac skrzydla! - usmiechnela sie uwodzicielsko ukazujac rzad idealnie bialych i rownych zebow. Kiedy odwrocila sie, aby wyjac z teczki prade jeden ze Slizgonow oblizal sie lubieznie wywolujac tym samym chichot pozostalych uczniow ze swojego domu. Ja poczulam jedynie, ze zaczyna mnie mdlic od przebywania wsrod tych ludzi. Po chwili kobieta obrocila sie w nasza strone i jednym ruchem rozczki rozeslala wszystkie prace na nasze biurka. - Powodzenia! - dodala i usiadla za wielkim, mahoniowy, biurkiem nauczycielskim pijac kawe. Natychmiast otworzylam prace i ze strachem stwierdzilam, ze pytania ulozone byly jak dla pierwszoklasisty. Zadnych bardziej zaawansowanych zaklec, wiekszosc zajmowaly wizerunki roznych postaci, ktore wystarczylo zidentyfikowac a na ostatniej stronie mielismy opisac dzialanie eliksiru wielosokowego, o ktorym wiedze posiadal kazdy dzieciak. Caly test zajal mi doslownie chwile, ale wolalam udawac, ze zastanawiam sie nad niektorymi zadaniami i pozwolic tej lekcji minac, niz przyspieszyc dalsza jej czesc. Po dziecieciu minutach prace nagle rozplynely sie w powietrzu i zmaderializowaly przed nauczycielka ukladajac w idealna wiezyczke.

- Czas minal. - odparla. - Do konca lekcji zostala jeszcze dluzsza chwila, mysle ze to dobry moment, zebym lepiej was poznala...hmmm...moze pan? - wskazala gdzies przed siebie. Popatrzylam w tym kierunku i, co bylo do przewidzenia, wskazala na Malfoya. O dziwo nie wygladal na szczegolnie zainteresowanego kobieta. Siedzial rozluzniony z zamglonym wzrokiem.

- Nie mam nic do powiedzenia. - odparl arogancko.

- Przedstaw sie chociaz. - poprosila zakladajac noge na noge, przez co spodniczka blondynki podwinela sie troche wyzej.

- Draco Malfoy. - odparl zdawkowo.

- Yhym... - mruknela tonem znawcy. - Jak oceniasz swoje umiejetnosci odnosnie obrony przed zla magia?

- Nie ma czegos takiego, jak zla magia. Jest jedynie nieodpowiednio wykorzystana. - odpowiedzial chlodno. Patrzylam na niego czysto zainteresowana. Slowa chlopaka wydawaly sie nawet madre, chociaz moja wersja tej wypowiedzi brzmialaby troche inaczej. Nie ma zlej magii, jest jedynie taka, ktorej nie powinno sie uzywac. Wzrok kobiety spoczal nagle na mnie.

- To moze teraz ktos inny. - jej ton stal sie bardziej wyniosly. - Kim jestes?

- Czlowiekiem. - wzruszylam ramionami czujac wrogosc ze strony nauczycielki.

- Niesamowite, nie domyslilabym sie tego. - zironizowala. Poczulam na sobie spojrzenie Slizgona. - Imie? Nazwisko? Posiadasz moze jakies?

- Owszem, jest na liscie obecnosci, wystarczy ze ja pani sprawdzi. - po klasie przeszedl kolejny pomruk, tym razem wszyscy juz chyba widzieli oczami wyobrazni nastepne lekcje.

- Powinnas okazywac mi wiecej szacunku, moja droga. Wszak nie masz do konca...prawdziwie magicznej krwi. - popatrzylam na nia zaskoczona.

- Bzdura. - wtracil Harry. - Hermiona jest o wiele lepszym czarodziejem niz niejeden czystokrwisty blazen.

- Slynny Harry Potter. - jej glos znow stal sie mily i uwodzicielski. Usmiechnela sie do niego cieplo i chciala cos dodac, leczo zadzwonill wielki dzwon oznajmujac koniec lekcji.

- Milego dnia, moi drodzy. - rzucila tylko wstajac i ostentacyjnie schylajac sie po pioro, ktore dziwnym trafem wypadlo jej z dloni. Zirytowana ruszylam do wyjscia z przyjaciolmi, wciaz czulam na sobie jego spojrzenie...

- Niezla ta nowa dupa. - rzucil Felix.

- No, takie nogi...kurde... - odparl Blaise rozkladajac sie na kanapie.

- Nic nie powiesz na temat nowej pani proffffesorrr, Draco? - mruknal rudy.

- Nie jaraja mnie stare laski. - zasmialem sie. - mlodsze maja sprawniejsze ciala.

- Za to ty jarasz ja. - zauwazyl Zabini. - niezle sie dzisiaj na ciebie nakrecila.

- Bredzisz. - westchnalem pragnac jedynie zasnac. Czulem zmeczenie, ostatnio moj stan zdrowia coraz szybciej sie pogarszal. Snape podawal mi jakies wzmacniajace eliksiry, jednak przynosily ulge tylko na kilka godzin. Uwazal, ze Voldemort pobiera od swoich slug energie, co oznaczalo tylko tyle, iz dzien jego chwaly byl coraz blizej.

- Szlama niezle jej pyskowala. - uslyszalem glos Felixa.

- No, ale Cole jak widac tez popiera czystosc krwi. - odezwal sie Blaise.

- Ide spac. - mruknalem jedynie i skierowalem sie do swojego dormitorium. Z racji na swoje pochodzenie posiadalem prywatny pokoj, podobnie jak Zabini i Felix. Nasze rodziny uznawane byly za najstarsze i zaslugujace na najwieksze luksusy. Tradycja przede wszystkim.

- Jestes glupkiem. - zasmiala sie. Jej oczy blyszczaly z radosci. Ja natomiast czulem, ze jakies nieznane mi cieplo rozlewa sie w klatce piersiowej. Dlon dziewczyny powedrowala do mojego policzka, dotyk tych pieknych cudow natury wprowadzila mnie w nieokielznany trans. Jedyne o czym marzylem, to dotknac jej pelnych ust. Dla mnie byla najpiekniejsza kobieta swiata, szczegolnie w kreconych, kasztanowych wlosach, ktore polyskiwaly zlotem pod wplywem promieni slonecznych. Po chwili dopiero zauwazylem, ze jestesmy na plazy. Wokol nie bylo zywej duszy, slonce ogrzewalo nas z blekitnego nieba a zolta sukienka dziewczyny przepasana wstazka i slomiany kapelusz powiewaly na wietrze. Jej policzki zarumienione byly od zbyt dlugiego przebywania na sloncu, dodawalo jej to jednak tylko uroku. - Kocham cie, Draco. - szepnela. Zblizylem swoja twarz do jej szyi. Pragnalem posmakowac tej delikatnej skory pokrytej opalenizna.  Przyciagnela mnie do siebie smiejac sie perliscie. Nagle uslyszalem grzmot. Dziewczyna opadla w moje ramiona, morze zaczelo niebezpiecznie uderzac o brzeg, niebo pochmurnialo kryjac slonce i gdzieniegdzie slychac bylo kolejne pioruny. "To koniec" - uslyszalem we wlasnej glowie. Wtem zauwazylem, ze trzymam noz w miejscu, gdzie jeszcze przed chwila bilo serce kobiety. Martwej. - Hermiona...

Obudzilem sie zalany potem. Dzien dopiero sie zaczynal i wszyscy nadal spali pograzeni gleboko w snie. Ja jednak bylem zbyt wstrzasniety, zeby moc znow zajac poprzednia pozycje. Jedyne, co widzialem przed oczami to chlodne oblicze martwej Granger, mieszajace sie z radoscia, ktora pragnalem znow ujrzec w jej oczach. Bylo to dla mnie cos zupelnie nowego...nowego i niebezpiecznego, bo to tylko szlama...

piątek, 8 lutego 2013

Rozdzial 2



Miesiac w Norze minal mi bardzo szybko. Wiekszosc dni spedzilam na rozmowach z Ginny, sprzeczkach z Ronem i dyskutowaniu o milionie rzeczy z Harrym, ktory w polowie sierpnia zawital w domu panstwa Weasley. Chlopak bardzo zmeznial od ciaglych treningow, jednak w srodku nadal byl tym samym Potterem - Marzycielem. Blizniacy kazdego ranka wychodzili do pracy, podobnie ich ojciec, a Molly Weasley wiecznie krzatala sie w kuchni. O mamie nie slyszalam w sumie nic. Kazdego dnia myslalam o niej i na nowo tworzylam w sobie przekonanie, iz nie powinnam za nia tesknic. Nie po tym wszystkim, co mi zrobila. Z drugiej strony, urodzila mnie i mieszkalysmy razem przez wiele lat. Czas byl jedynym lekarstwem.

  - I pamietajcie! Macie pilnie sie uczyc i nie broic! - Glos pani Weasley mieszal sie z krzykami innych rodzicow zebranych na peronie. Zajelam miejsce w ostatnim przedziale, czekajac az przyjdzie reszta. Bedac tam czulam jak moje serce uspokaja sie i wszystko znow jest tak, jak byc powinno. Wszelkie troski odplynely gdzies pozostajac za wejsciem do ekspressu Londyn - Hogwart. W tamtym momencie liczyl sie tylko fakt, iz ten rok bedzie znaczacy dla nas wszystkich. Nie chodzilo tylko o egzaminy koncowe, ale i to, co mialo wydarzyc sie w drugim semestrze. Zakon Feniksa byl niemal pewien, ze Czarny Pan bedzie wtedy chcial dokonczyc swe dzielo i zabic Harrego skazujac tym samym swiat na wieczny mrok i cierpienie. Kazdy sie bal, poniewaz to nie byly zarty. Wszyscy dobrze wiedzieli, na co stac Voldemorta. Nawet jego wyslannicy, pomimo swojej sily obawiali sie, czy bedzie dla nich miejsce w tym "nowym swiecie". Wierzylam w Harrego, tak samo w Dumbledora. Razem napewno mogli pokonac zlo, ktore chce wszystkich nas skazac na kleske. Jednak...

- Szlamo, wypierdalaj stad. - uslyszalam glos, ktory wyrwal mnie z zamyslenia. Moim oczom ukazala sie dziewczyna z dziwnie plaskim nosem i sladami po tradziku.

- Wal sie, Parkinson. - odparlam patrzac na nia spokojnie.

- To przedzial dla mnie i Draco, wiec z laski swojej rusz te szlamowata dupe i poszukaj swoich zalosnych przyjaciol. - warknela.

- Srednio mnie to obchodzi, bylam tu pierwsza, wiec pieprz sie. - mruknelam poblazliwie lapiac gazete, ktora lezala na drewnianym stoliku przyczepionym pod oknem.

- Szmata. - uslyszalam. - Flexio! - katem oka zauwazylam, ze dziewczyna siega po rozczke. Ja swoja zawsze mialam przy sobie, gotowa na kazda okazje. Nie kazala mi dlugo czekac z zakleciem ktorym chciala mnie poczestowac.

- Protego! - warknelam. Widzialam jak jej slizgonska twarz robi sie coraz bardziej czerwona.

- Floopie!

- Protego!

- Filis!

- Protego! Slownik twoich zaklec zaczyna i konczy sie w literze f? - zadrwilam. Twarz dziewczyny niebezpiecznie stezala.

- Cruc...

- Dosc. - zimny glos Malfoya przeszyl powietrze. Nie pozwalal on na sprzeciw. Wylonil sie doslownie znikad i emanujac ta swoja malfoyowska aura od razu skupil na sobie uwage calego swiata. Co ciekawe nie na mnie patrzyl morderczym wzrokiem, lecz na Parkinson, ktora wygladala w tym momencie jak zbity piesek. Wyrwal jej rozczke z reki i przylozyl do szyi dziewczyny. - Jestes zbyt glupia na to, zeby w ogole posiadac magie we krwi. - warknal odrzucajac przedmiot gdzies w dal. Slizgonka natychmiast poleciala za rozczka zostawiajac nas samych. Draco przeniosl swoje spojrzenie na mnie.

- A tobie, Granger, radze zebys nie byla az tak pyskata. Na pewne zaklecia nie ma tarczy obronnej. - powiedzial cicho, lodowato.

- Nie jestem podczlowiekiem, mam prawo do godnosci. - rzucilam zdenerwowana. Chlopak przez chwile przenikal mnie swoim intensywnym wzrokiem, po czym bez slowa oddalil sie do innego przedzialu. Jakby nie patrzec, obronil mnie. To bylo najgorsze...

Musialem powstrzymac Parkinson, bo inaczej zwaliliby sie nam ludzie z Ministerstwa. Dlaczego ona zawsze musi robic problemy? Na dodatek ta Granger, co w niej jest, ze zawsze musze na nia trafic. Nawet kiedy nie chce, ona i tak jest gdzies w poblizu. Pelna tajemnic, silna, otoczona przyjaciolmi. Na dodatek te jej oczy...kurwa, to  zwykla szlama, na dodatek Gryfonka, jeszcze kilka miesiecy i Czarny Pan zniszczy ja tak samo jak innych kalajacych imie czystej krwi. Wtedy napewno nie bede musial jej widziec, przebywac przy tym szlamie. Za duzo go w otoczeniu.

- Draco, ja przepraszam. - od godziny tylko mnie przepraszala i blagala o wybaczenie.

- Zamilcz. - warknalem zirytowany.

- Ale Draco, to tylko szlama. Dobrze wiesz, ze nic nie znaczy. Jedna w ta czy w tamta. - jeczala.

- Moglas narobic nam klopotow! - rzucilem coraz bardziej zdenerwowany.

- A..ale, przeciez jest gorsza ode mnie...nie miala prawa mi pyskowac! Nawet odzywac sie do mnie! Powinna poslusznie wyjsc i przepraszac za to, ze szlami nasz przedzial! - krzyknela. Zmierzylem ja wzrokiem.

- Ona przynajmniej mysli, w porownaniu do ciebie. - syknalem z nienawiscia. W przedziale zapanowala cisza. Blaise nie zwracajac na nic uwagi patrzyl sie w okno a Crabb i Goyle gapili sie na mnie z szeroko otwartymi ustami.

- Czy ty wlasnie obroniles szlame? - odparl jeden z nich.

- Walcie sie. - mruknalem wychodzac. Cholerna Granger!

Czasami tak bywa, ze ludzie calkowicie odmienni sa polaczeni ze soba czyms tak silnym, iz nawet smierc ich nie rozlaczy. Zapisani w gwiazdach.

Wielka Sala byla jak zawsze niesamowicie udekorowana. Gwiazdziste niebo poglebialo poczucie jej wielkosci i majestatu. Na samym koncu nauczyciele powoli zajmowali swoje miejsca z dyrektorem na czele. Grupka uczniow stala na srodku czekajac na przydzial do domow, Tiara usadowila sie wygodnie na stolku przed nimi a Ron mamrotal cos o jedzeniu i podsmiewal sie z nowych Slizgonow. Za kazdym razem, gdy ktorys pierwszoroczniak dostal przydzial jego nowy dom klaskal i wiwatowal. Tradycja nie ulegla zmianie od lat. Nastepnie Dumbledor rozpoczal swoja przemowe.

- Drodzy uczniowie! - jego cieply glos rozniosl sie po calej sali. - Oto kolejny rok wita was to miejsce....Hogwart. Jak wiecie, sklad nauczycielski ulegl pewnym zmianom. Przedstawiam wam nowego nauczyciela Obrony Przed Czarna Magia, profesor Marhareth Cole! - na samym koncu nauczycielskiego stolu siedziala blond wlosa kobieta, bardzo mloda z twarzy o wielkich, niebieskich oczach i czerwonych, pelnych ustach. Wokol rozniosly sie gwizdy niektorych bardziej odwaznych chlopakow. Dziewczyny natomiast patrzyly po sobie, jakby z gory wiedzialy, ze jest dla nich zagrozeniem. Kobieta jedynie wstala, uklonila sie i usiadla spowrotem pozwalajac dyrektorowi konczyc przemowe.

- Swiat pelen jest dziwow. Niespotykanych i nieznanych rzeczy. Wszystko ma w sobie magie... - i tak minelo kilkanascie minut. Nowym uczniom przedstawiono ich nauczycieli, opowiedziano o druzynie quidditcha w czym nie mozna bylo pominac zaslug Harrego, ktory jak zwykle przyjal to ze swoja chlopieca skromnoscia. Potem profesor McGonagall upomniala wszystkich, zeby przestrzegali zasad, poniewaz nie ma zamiaru poblazac wybrykom i bojkom. Kiedy na stole pojawily sie roznego rodzaju potrawy wszyscy zajeli sie soba.

- Pycha! - mlasnal Weasley nakladajac sobie kolejna porcje steku.

- Nie zachowuj sie, jakbys nie widzial jedzenia od lat. - warknela Ginny.

- Marudzisz. - odparl beztrosko. - Jestem w okresie dojrzewania, musze duzo jesc.

- Ohoho, ty nie jesz Ron. Ty wpierdalasz. - mruknela krecac oczami.

- Dajcie spokoj. - zasmialam sie widzac, ze Ronald chce rzucic cos wrednego w strone swojej siostry. Harry od momenctu, w ktorym rozstal sie z Ginewra nie wchodzil jej w droge. Prawdopodobnie wiedzial, ze jej ostry jezyk moze zaprowadzic go do Skrzydla Szpitalnego.

- Malfoy sie na ciebie patrzy. - szepnela mi do ucha. Skierowalam swoj wzrok w jego strone i ze zdziwieniem musialam przyznac jej racje. Blondyn bezceremonialnie przeszywal mnie wzrokiem, co o dziwo wzbudzilo moje zainteresowanie, zamiast wrogosci. Sama nie rozumialam, dlaczego ostatnio zaczynam myslec o nim jak o czlowieku, a nie rasistowskim dupku. Plotki o tym, ze zostal Smierciozerca rozniosly sie z predkoscia swiatla na dodatek nie bylo tajemnica kim jest jego ojciec i za co zostal skazany do Azkabanu. Nie wiem, czy umysl nie splatal mi figla, ale chlopak przez chwile usmiechnal sie nikle po czym zajal sie rozmowa z innym Slizgonem. - O co chodzi? - z zamyslenia wyrwal mnie glos rudowlosej.

- Nie wiem. - przyznalam.

- O czym tam szeptacie? - spytal az "za milo" Harry.

- Nic, takie babski sprawy. - wzruszylam ramionami. - Dobra ta lasagne? - dodalam zmieniajac temat.

- Wszystko jest dobre. - wtracil Ron znow nakladajac sobie spora porcje jedzenia. Z reka na sercu, nie wiedzialam gdzie on to wszystko miescil.

- Twoja opinia na pewno jest obiektywna, prosiaczku. - mruknela Ginny. Ron zamiast rzucic na to jakac odpowiedz po prostu glosno beknal zwracajac tym uwage kilku osob wokol. Ruda zakryla dlonia twarz powtarzajac, ze oni na pewno nie sa ze soba spokrewnieni.  Harry jedynie smial sie ze swojego przyjaciela, a ja przylapalam sie na tym, ze ukradkiem zerkam w strone stolu Slizgonow.