środa, 20 marca 2013

Rodzial 11

 Bedzie tutaj troche bledow, ale mam tyle nauki, ze z trudem napisalam i ten rozdzial. Pociesza mnie fakt, ze za dwa tygodnie mam juz wystawienie ocen i w koncu wyspanie sie bedzie czyms oczywistym. Mam nadzieje, ze rodzial przypadnie Wam do gustu. Smacznego! :)

Dwoje ludzi zareagowalo momentalnie. Silne cialo Slizgona przyparlo drobna dziewczyne do sciany napinajac miesnie plecow. Ich oddechy przyspieszyly nadajac atmosferze jeszcze wiecej porzadania, pragnienia, podniecenia. Jeknela cicho, kiedy dotknal jej uda. Dopiero w tym momencie poczula jak bardzo owy blondyn na nia dziala. Ugryzla go w ucho zaskoczona wlasna odwaga. Jego dlonie byly chlodne, silne, pewne w swoich ruchach. On nie myslal o niczym innym, jak tej drobnej istocie, ktora oddawala mu sie ufnie. Swiatlo magicznych swiec nadawalo wszystkiemu jakiejs tajemnicy. Podniosl ja lapiac w talii, na co zareagowala natychmiast oplatajac jego biodra nogami. W zawrotnym tempie znalezli sie na lozku odrzucajac koldre na podloge. Szatynka westchnela glosno czujac pocalunki na swojej szyi. Przyciagnela twarz przystojnego Slizgona wyzej skladajac na jego ustach namiety pocalunek. Jego dlonie zwinnie znalazly sie pod koszulka dziewczyny wywolujac dreszcz podniecenia. Zamknela oczy zatapiajac sie w dotyku pelnym pragnienia.

- Nie. - warknal nagle odrywajac sie ode mnie. Zdezorientowana popatrzylam na niego, jak na szalenca.

- Co? - szepnelam oddychajac ciezko.

- Nie, nie moge. - chcialam dotknac jego policzka, ale odtracil moja dlon.

- Bo jestem szlama? - westchnelam czujac jak moje serce zamarza ze strachu i jednoczesnie plonie od bolu. Mlody mezczyzna schowal twarz w dloniach.

- Nawet nie wiesz, jak jest mi ciezko. Nic nie wiesz, Hermiono. - jeknal. - To brzemie, ktore mam w sobie...ja nie moge sie przywiazac bo tylko wprowadzi kolejne komplikacje...

- Draco, prosze... - znow sprobowalam dotknac tej szorstkiej skory, tym razem jednak chlopak nie wykonal zadnego ruchu. Zblizylam sie wiec bardziej do Slizgona wkladajac swoje dlonie pod jego, dzieki czemu jego stalowe oczy spotkaly sie z moimi. Nie plynelo z nich szyderstwo ani sarkazm, byl raczej zmeczony i rozbity. - Chodz... - pociagnelam go za soba kladac sie na lozku.

- Zrobilem w zyciu wiele rzeczy, ktorych teraz zaluje. - szepnal, kiedy lezelismy obok siebie. - Zranilem praktycznie kazdego, kto mial ze mna do czynienia, zabijalem z zimna krwia. To sie nie zmieni.

- A moze juz sie zmienia? - zauwazylam gladzac jego tors. - Z dnia na dzien jestes kims innym, wiesz o tym. Inaczej nie rozmawialibysmy a co dopiero... - zawstydzilam sie przypominajac sobie swoja odwage.

- Pragne cie... - poczulam cieply oddech Malfoya przy swojej uchu.

- Dlaczego?

- Nie wiem... - przyznal.  - Cos w tobie jest, jeszcze nie rozgryzlem co.

- Daj mi znac, jak juz sie dowiesz.

- Zobaczymy. - mruknal.

- Nie oczekuje od ciebie zadnego przyzeczenia. - westchnelam  wdychajac zapach perfum blondyna.

- Teraz...za jakis czas sama narzucisz sobie takie pragnienia, to naturalne. - wiedzialam, ze ma racje, jednak nigdy wczesniej nikt tak na mnie nie dzialal. Wolalam nacieszyc sie chwila, niz odrzucic to, co dzialo sie w tamtym momencie. 

- Nie wiemy, czy dojdziemy to takiej chwili. Dobrze wiem, ze jestem wystawiona na pierwszy ogien. Przyjaciolka Harrego Pottera, na dodatek pochodzaca z mugolskiej rodziny. Idealny osobnik do unicestwienia dla ukazania swiatu wlasnej racji. - poczulam, jak miesnie chlopaka napinaja sie mocniej jeszcze bardziej zakleszczajac mnie w swoich objeciach.

- Nic nie jest pewne... - wolalam juz nie nadwyrezac jego spokoju, przynajmniej moglismy po prostu lezec ogrzewajac siebie nawzajem wlasnymi cialami. To bylo najwazniejsze.


Obudzilam sie okryta gruba koldra w jasnym pomieszczeniu, w ktorym oswietlony swiecami sufit zastapilo mgliste oblicze dnia wlewajace sie zza okna. Obrazy minionej nocy wracaly do mnie powoli tworzac niezrozumialy metlik w glowie. Natychmiast podnioslam swoje cialo do pozycji pozwalajacej na obserwacje calej komnaty. Tak, jak sie spodziewalam Malfoya nigdzie nie bylo. Jeknelam cicho opadajac na cieple poslanie, kiedy nagle drzwi zaskrzypialy cicho.

- Jak sie czujesz? - Ginny wylonila sie z nicosci. Miala na sobie zielona sukienke, przypominajaca wodorosty a jej dlugie wlosy opadaly falami az na bioder. Nie wiem, dlaczego, lecz przypominala mi w tamtym momencie mame Harrego.

- Jeszcze masz czelnosc sie pytac? - warknelam. Zamknela drzwi siadajac na lozku obok mnie.

- Wiem, jak to wyglada z twojego punktu patrzenia, ale ja na prawde nie mialam wyboru. Musialam jakos walczyc o to, co jest miedzy nami. - szepnela skruszona.

- To nie jest wytlumaczenie. Zdajesz sobie sprawe, jak cierpi twoja rodzina? Harrego od dawna juz nie ma w szkole, bo jest pewien, ze porwali cie jacys smierciozercy i szuka cie po calym swiecie a Ron...Ginewro, on niedlugo wyladuja na oddziale psychiatrycznym z trwalym uszkodzeniem mozgu.

- Nie wiedzialam, ze tak to bedzie wygladac. - pisnela zszokowana.

- Rzeczywiscie, nie wiedzialas ze twoi najblizszi beda sie o ciebie martwic. - zaszydzilam wstajac. Podeszlam do krzesla i natychmiast zauwazylam, iz moje ubrania byly czyste i ulozone w idealna kostke. Pokrecilam lekko glowe i zaczelam przebierac sie w codzienne rzeczy.

- Przeciez oni nigdy nie zwracali na mnie uwagi. - uslyszalam za soba glos dziewczyny. - Ron sam chcial, zebym w koncu zniknela, rodzice ledwo dawali sobie rade z utrzymaniem tak duzej rodziny a przeciez Percy chcial ozenic sie z Buffy, co oznaczalo kolejne wydatki...no a Harry? Co go sklania do takich czynow?

- Moze przyjazn? - warknelam kierujac sie do drzwi. Weasley szla za mna nie zatrzymujac mnie w pomieszczeniu. - Moze dla nas jestes wazna i swoim zachowaniem wykazalas jedynie fakt, iz w ogole nie doceniasz tego, co masz?

- To nie tak. Dobrze o tym wiesz! - jeknela zatrzymujac sie obok mnie. Dom okazal sie czyms przekraczajacym ludzkie pojecie, wszedzie rozchodzily sie schody. Podobnie jak w Hogwarcie, jednak te nie wywijaly glupich kawalow zmieniajac cel, do ktorego prowadza. Zaczelam wiec schodzic w dol liczac na odnalezienie kuchni. Gardlo przypominalo pustynie, potrzebowalam wody.

- Jedyne, co teraz wiem, to to, ze nie powinnam marnowac czasu na szukanie ciebie. Powinnam juz byc w szkole! Wywala mnie, bo myslalam, ze cos ci sie stalo i chcialam cie ratowac, ale jak sie okazalo, to nie mialo sensu. Przeciez ty masz wszystko gdzies. - w koncu trafilam na krotki korytarz w ktorym unosily sie zapachy kawy i ciasta czekoladowego. Skierowalam swoje kroki w kierunku szeroko otwartych drzwi.

- Hermiono, ja jestem w ciazy... - zatrzymalam sie natychmiast w przejsciu zszokowanym wzrokiem wpatrujac sie w Malfoya, ktory prawdopodobnie rowniez dopiero, co dowiedzial sie o tym, bo przypominal moje lustrzane odbicie. - Bede mama...


- Slyszalam... - szepnelam nadal przyklejona do stalowych teczowek chlopaka. Mozliwe, ze zrozumielismy sie bez slow dzieki duzej ilosci czasu spedzonego razem, bo oboje odetchnelismy glosno.

- Usiadz, Granger. - dopiero po chwili zauwazylam Blaisa stojacego przy piekarniku. Wyjal z niego ostatnie kawalki ciasta i ulozyl na duzym talerzu, po czym przeniosl na stolik odgradzajacy nas wszystkich od siebie. Nie usiadlam, zamiast tego stanelam obok Draco rowniez podpierajac sie plecami o blat. Od razu dotarl do mnie mocny zapach jego perfum.

- Jak to sie stalo? - spytalam rzeczowo odzyskujac rownowage umyslowa.

- Widzisz... - Ginny usiadla na kolanach drugiego Slizgona szukajac zapewne wsparcia.

- Nie planowalismy dziecka, ale obecnie ono juz istnieje, wiec musimy zapewnic mu jakas przyszlosc. - Zabini dokonczyl za nia.

- Dobrze wiecie, ze to nie jest dobry pomysl w tej chwili. - tym razem to chlopak stojacy obok przemowil. - Jestescie oslabieni w takiej sytuacji i stajecie sie latwiejszym celem.

- Moze i tak, ale jak widzicie, potrafimy sie bronic i dobrze ukryc. Kiedy dziecko przyjdzie na swiat dostanie wszystko, co pomoze mu w przetrwaniu. - Blaise nie dawal za wygrana.

- Czarny Pan bedzie cie szukal.

- Jestem na to przygotowany.

- Jestes przygotowany na smierc swojego potomka? - warknal Draco.

- Nie musze, ukryjemy go tak, ze bedzie bezpieczny. - mruknal wspolrozmowca.

- W co ty wierzysz, Zabini? - zaszydzil blondyn. - Przeciez bedzie w nim plynac twoja krew, co oznacza jedynie tyle, ze zdradzajac smierciozercow wydasz na niego wyrok.

- To, ze twoj ojciec skazal cie na takie zycie, nie oznacza... - nie dokonczyl swojej wypowiedzi, gdyz arystokrata w ulamku sekundy znalazl sie przy nim i odpychajac Ginny przywarl swojego przyjaciela do sciany.

- Boze! Zostaw go! - jeczala dziewczyna zakrywajac twarz dlonmi. Cos we mnie drgnelo, Weasley zmienila sie. Nie byla juz ta pewna siebie, silna dziewczyna. Dawniej sama przylozylaby chlopakowi za cos takiego. Wtedy jednak stala wystraszona, slaba, krucha. Westchnelam cicho.

- Malfoy, zostaw go. Nie warto. - mruknelam. Napiete plecy chlopaka poluzowaly miesnie, ale nadal trzymal Zabiniego w silnym uscisku rak. Podeszlam wiec do niego i widzac, ze twarz Blaisa zaczyna siniec zlapalam jego oprawce za ramiona. - Draco, nie warto... - zamknal oczy odsuwajac sie od swojego, prawdopodobnie, dawnego, przyjaciela.

- No prosze, chyba nasza Granger ma na ciebie jakis patent. - zaszydzil Zabini.

- Przynajmniej nie naciagnela mnie na dziecko. - odparl wychodzac z pomieszczenia. Ginewra juz byla przy swoim ukochanym tulac go do siebie.

- Wy sie w ogole kochacie? - westchnelam patrzac na nich z niechecia.

- A jak myslisz? - jeknela ruda. - Inaczej nie zrobilibysmy tego wszystkiego.

- Mozliwe. Wracam do Hogwartu, nie powiem nic Ronowi, bo nie chce miec z nim jeszcze wiekszych problemow, ale w tym momencie to ty jestes odpowiedzialna za wszystko, co dzieje sie z twoja rodzina.

- Bedziecie mogli wyjsc dopiero o polnocy. - odparl Zabini siadajac przy drewnianym stoliku.

- Slucham?

- Godzina nasilenia dobrej magii, wtedy wyjscie stad bedzie bezpieczne i nie sciagnie niczyjej uwagi. - wytlumaczyl nalewajac sok dyniowy do szklanki. - Masz, odwodnisz sie.

- Nie otrujesz mnie?

- Ginny by mi tego nie wybaczyla. - usmiechnal sie nikle. Wypilam natychmiast cala porcje i doszlo do mnie, jak bardzo potrzebowalam plynow.

- Dlaczego to powiedziales? Przeciez sie przyjaznicie.

- Bo to prawda. - wzruszyl ramionami. - Przyjazn to nie roze i czekoladki, tylko szczerosc. Draco moze zarzucac mi glupote, ignorancje i nadmierne ryzyko ale prawda jest taka, ze jego patrzenie jest nieobiektywne. Nauczono go myslenia, ktore sam jednoczesnie odrzuca. Bardzo dwojakie zachowanie. Nie kazdy potomek rodziny smierciozercow skazany jest na taka sama przyszlosc. Jemu nie dano wyboru, juz przed urodzeniem zostal wybrany na tego, ktory stanie na czele armii smierci. - oparlam sie o framuge dalej uwaznie sluchajac. - Wiem, ze pokazal ci swoje zycie, wiec to nie powinna byc tajemnica, Granger. Czarny Pan nie widzi swojego planu bez calkowitego oddania Dracona. Jest...jest naznaczony bardziej, niz za pomoca symbolu na ramieniu...on zostal stworzony z tej magii. Jako jej wladca moglby w tej chwili zniszczyc kazdego wroga i zadecydowac o losach calego istnienia. Wystarczy chwila, uwolnienie drzemiacej w nim sily. Pomimo to nie ma wyboru, co najbardziej wyniszcza jego...sumienie? Czarny Pan jest w posiadaniu czegos, co determinuje Draco do posluszenstwa czarnej magii. Posiada dusze jego matki...

Stalam oszolomiona przez dobre kilka minut trawiac to, co uslyszalam od Zabiniego. Wiele rzeczy zaczelo ukladac sie w logiczna calosc, podobnie jak ja Malfoy zostal pozbawiony czegos, czego pragnal najbardziej, rodziny. Widzial, ze moje zycie nie bylo zadna bajka, gra pozorow. Odnalazl we mnie czastke czegos, co dzialalo i w nim samym. Rezygnacje po utracie. Utracie matki. Jego zachowanie bylo tak roznorakie, gdyz walczyl ze swoja prawdziwa natura. On nie byl zly, on musial taki byc.

- Idz do niego. - Ginny odezwala sie po raz pierwszy od dluzszego czasu. Nie mowiac juz nic wybieglam na ciasny korytarz i mknac po ogromnej ilosci schodow znalazlam sie w koncu przed drzwiami do komnaty, w ktorej nocowalismy. Westchnelam cicho wchodzac do srodka. Pomieszczenie wygladalo jak po przejsciu huraganu. Wszystkie rzeczy polamane i rozprute lezaly w roznych czesciach pokoju. Lozko z ogroma sila musialo oderzyc o sciane, bo w stanie calkowitej rozsypki przypominalo bardziej drewno na opal niz legowisko. Na samym srodku siedzial Draco otoczony dymem z palonego przez chlopaka papierosa. Zamknelam za soba drzwi kierujac sie w jego strone. Nie protestowal, kiedy usiadlam za nim oplatajac go swoim cialem.

- Juz wszystko wiesz... - szepnal gladzac moje udo.

- Wiem. - przyznalam chowajac twarz w zaglebieniu jego szyi.

- To dziecko nie przetrwa...

- Nie, jesli na to powzwolimy. - zauwazylam wdychajac zapach papierosow i mocnych meskich perfum.

- Moge cie ukryc, Granger. Nie wiem jeszcze jak, ale dam ci szanse na przetrwanie.

- Dlaczego? - poczulam jak odsuwa sie ode mnie. Myslalam, iz chce wyjsc, lub odpowiedziec mi czyms nieprzyjemnym, ale zamiast tego zgasil papierosa o drewniana podloge nie zwazajac na czarny slad, ktory po sobie pozostawil i usiadl przede mna.

- Bo wierze, ze to uczyni mnie kims lepszym, niz jestem teraz.

- Nie chcesz tego wszystkiego robic, prawda? Nie chcesz zabic niewinnych ludzi. - zauwazylam.

- Nie chce. - przyznal. - Ale nie mam wyboru. Nawet, jezeli zniszczylbym Czarnego Pana, to dusza matki odejdzie wraz z nim. - zlapalam chlopaka za reke przykladajac ja do swojego policzka. Przymknelam oczy czujac te znana mi strukture. Szorstka i solidna.

- Ile mamy czasu? - szepnelam nie otwierajac oczu.

- Wraz z nowym rokiem nadejda zmiany. - wyjawil.

- Zrobmy cos do tego czasu. Jezeli to beda ostatnie chwile spedzone przy bliskich, to wykorzystajmy to. - poprosilam spogladajac w stalowe teczowki Malfoya. Nie tlilo sie w nich szyderstwo, ani ironia. Byly po prostu zmeczone, zasmucone.

- Co chcialabys przezyc? - spytal przyblizajac swoja twarz do mojej. Dziwny dreszcz przebiegl mi po plecach.

- Moja lista jest dosc dluga. - przyznalam. Usta chlopaka byly coraz blizej moich. - Na przyklad...moze...ja chyb... - nie skonczylam, gdyz goracym pocalunkiem sam zakonczyl moja wypowiedz. Nie poczulam nawet, kiedy lezalam na podlodze otulona ciezarem arystokraty. Wokol nas panowala atmosfera dziwnej intymnosci, gdyz rozbite meble, mgla dymu i poszarpane zaslony pasowaly idealnie do stanu, w jakim bylismy. Nie liczyl sie fakt, iz kilka pieter nizej dwoje mlodych ludzi rozwaza swoje losy, gdzies w oddali moi przyjaciele poszukuja zapewne i mnie a matka prawdopodobnie lezy upita w pustym mieszkaniu. Potrzebowalam jedynie goraca, ktore otrzymywalam w ogromnych dawkach od Draco. Jego dlonie powoli badaly strukture mojego ciala wywolujac przyjemne dreszcze podniecenia. Zaskoczona tym faktem dopiero po chwili dotknelam umiesnionej klatki chlopaka zdejmujac z niego jednoczesnie czary podkoszulek. Westchnelam mimowolnie widzac idealnie wyzezbione cialo rozpalone podobnie jak moje. Usmiechnal sie zawadiacko przypominajac tego samego chlopaka, ktorym byl w szkole. Nawet nie wiem, kiedy nasze ubrania uciekly w niebyt a my okryci resztka koldry lezelismy pod sciana chowajac siebie nawzajem w swoich ramionach. Zasnelam praktycznie natychmiast czujac cieply oddech drzemiacego Draco.


Wiedzialem, ze to bledne kolo. Moglem udawac, iz tylko jej bedzie zalezec a ja wykonam swoje zadanie z zimna krwia. Wszystko jednak zaczelo sie komplikowac w momencie, w ktorym poczulem bicie jej serca przy sobie. Wywolywala u mnie emocje, ktore tlumilem przez cale zycie, a ktorych jednoczesnie pragnalem. Ufnie oddala mi swoje cialo, jednak Granger nie nalezala do tych pustych dziewczyn, dla ktorych taki gest jest jedynie zaspokojeniem wlasnych potrzeb. Robiac to wykazala, ze jest juz dla niej za pozno. Dla mnie rowniez...

- Dlugo spalas. - mruknalem widzac jak otwiera oczy. Jeknela cicho zakrywajac twarz dlonmi po czym usmiechnela sie do mnie delikatnie.

- Widze, ze nadal tutaj jestesmy. - odparla rozgladajac sie po pokoju.

- Zostalo jeszcze troche czasu do odejscia. - przyznalem pozwalajac jej znow polozyc sie na mojej klatce. Fala brazowych wlosow okryla moje cialo wywolujac swojego rodzaju rozrzewnienie.

- Nasza magia tutaj nie dziala, prawda? - zauwazyla.

- Nie. Jedynie wlasciciel domu moze w nim czarowac.

- Trzeba jakos to wszystko ogarnac. - przeciagnela sie jak kotka podnoszac. - Odwroc sie no.

- Niby dlaczego?

- Bo chce sie ubrac?

- Widzialem cie juz naga. Cala. - zaznaczylem. Policzki Gryfonki zapurporowily sie mocno, co wywolalo szeroki usmiech na mojej twarzy.

- Jestes zlosliwy. - mruknela siegajac po moja koszulke. Natychmiast ubrala ja na siebie i wstala zabierajac bielizne.

- Wygladasz bardzo seksownie w moich rzeczach. - przyznalem szczerze. Oparla sie teatralnie i sciane usmiechajac zadziornie. Kobieta idealna.

- Erotoman. - puscila do mnie oczko usmiechajac sie szerzej.

- Wyjatkowo. - odparlem ubierajac bokserki i spodnie. Magiczny zegar lezacy pod oknem w stanie nazbyt ciezkim, aby okreslic jak wygladal wczesniej wybil wlasnie godzine szesnasta. - Zejdzmy na dol.

- Chetnie. - zgodzila sie wkladajac jeansy i zdejmujac moja koszulke.

- Jestes bardzo seksowna. - zblizylem sie do niej lapiac w talii.

- A ty niewyzyty.

- Mozliwe.

- Oczywiste. - pozwolilem jej doprowadzic sie do codziennego stanu i wyszlismy z komnaty kierujac sie spowrotem do kuchni.

- Gdzie tu jest toaleta? - dziewczyna zatrzymala sie przed schodami rozgladajac wokol.

- Ostatnie drzwi na prawo.

- Zaraz przyjde. - kiwnalem tylko glowa opierajac sie o balustrade. Nie mialem ochoty widziec Zabiniego, jednak wiedzialem, iz mial racje. Skazalem go na porazke, bo sam otrzymalem taki los. On jednak mogl jakos uchronic swoje dziecko przed podobnym przeznaczeniem. Weasley nawet, jesli przebywala ze zdrajcami krwi, to nadal jej rodzina miala idealna blekitna linie. Zabini rowniez, jezeli tylko naucza swoje dziecko jak ma sie zachowywac, aby nie wyjawic ich prawdziwych pogladow na temat Czarnego Pana, to jest szansa, ze ono przetrwa. W swiecie zlym i okrutnym, ale jednak. Oczami wyobrazni zobaczylem przed soba rozesmiana Hermione z zarumienionymi policzkami. Cos zaklulo mnie w klatce piersiowej, ten obraz zdawal sie ciazyc mi w nieopisany blizej sposob. Cos we mnie samym pragnelo pozostac w tamtej komnacie do konca zycia przy dziewczynie, ktora dzialala na mnie jak magnes. Jej dotyk byl...inny, wyjatkowy. Zaklalem w duchu przerazony swoimi wyobrazeniami. Pragnalem utrzymac ja przy zyciu, co bylo zadaniem niewykonalnym.

- Idziemy? - nawet nie zauwazylem, jak pojawila sie obok.

- Chodzmy. - w milczeniu schodzilismy po ogromnej ilosci schodow kierujac sie do kuchni. Z daleka wyczulem zapach miesa, owocow i kawy. Popatrzylem na Granger, jej oczy zaswiecily sie momentalnie. Usmiechnalem sie lekko, uzalezniona od kofeiny zapewne wyweszyla jej zapach o wiele wczesniej niz ja. W srodku byla tylko Ginewra. Blaise zapewne zniknal w jednej ze swoich pracowni obmyslajac kolejny wspanialy plan. Do tego musial dokonczyc eliksir dla mnie, wiec wolalem mu nie przeszkadzac.

- Glodni? - jak gdyby nigdy nic ruda usmiechnela sie do nas szeroko.

- Glodni. - Hermiona odezwala sie za nas oboje.

- Mam jeszcze pizze bez miesa. - odparla wiewiora nakladajac na talerze jedzenie.

- Dzieki. - mruknela Gryfonka siadajac przy stoliku. Zrobilem to samo, kiedy wokol rozlegl sie wybuch...

niedziela, 3 marca 2013

Rozdzial 10

Rozdzial krotki, ale mialam ostatnio bardzo duzo nauki i nie dalam rady zrobic cos wiecej. Kolejny juz ogarniety, bedzie pewnie w srode:) Bardzo dziekuje Joni za uwage, ciesze sie, ze jestes obecna na tym blogu i dedykuje Ci te notke, cheer up Kochana! ;*


Cieplo. Czulam cieplo okrywajace moje cialo. Nie wiedzialam, skad pochodzi, ale usilnie wmawialam sobie, iz to niebo. W koncu umarlam spadajac do tej pierunskiej fosy i moje zycie ulecialo w dal. Miekkosc otaczala mnie dajac uczucie bezpieczenstwa. Tak pragnelam pozostac w tym stanie i nie otwierac juz wiecej oczu, wolna od trosk i ciezaru rzeczywistosci. Nic nie moglo mnie juz zniszczyc, w koncu dusza jest niesmiertelna a zapewne tylko tyle ze mnie zostalo. Tak przynajmniej sadzilam...

Cos poruszylo sie obok mnie zmuszajac do opuszczenia blogiego stanu. Nieswiadoma otworzylam ociezale oczy i pierwsze co ujrzalam, to zamazane ksztalty. Wokol panowala dziwna jasnosc, jakby wylaniala sie z nicosci. Nie wiem, ile tak wpatrywalam sie w nia, ale po raz kolejny poczulam czyjas obecnosc przy sobie. Skupilam sie mruzac oczy. Obraz zaczal nabierac kontrastu i zrozumialam, ze jestem w jakiejs komnacie oswietlonej magicznymi swiecami wiszacymi pod sufitem. Tak budza sie dusze w niebie? Spojrzalam w bok i o malo nie upadlam na ziemie. Blond wlosy zakrywaly twarz chlopaka, ktory nadal spokojnie spal. Jego twarz pozbawiona byla wszelkich zmartwien i trosk, a cialo poruszalo sie miarowo w rytm oddechu. Lezelismy na lozku okryci puchowa koldra. Nic z tego nie rozumialam, jednak bez zastanowienia dotknelam dloni Malfoya. Mruknal cos przewracajac sie na brzuch i zmuszajac mnie do odsuniecia na koniec lozka.

- Obudz sie. - szepnelam. Moj glos byl slaby, ale najwyrazniej to wystarczylo. Slizgon natychmiast utkwil we mnie spojrzenie swoich stalowych teczowek.

- Co sie dzieje... - mowil rownie cicho jak ja wybudzony ze snu.

- Nie wiem. Ostatnie, co pamietam to spadanie w dol. - znow przekrecil sie na plecy lustrujac pomieszczenie.

- A wiec zyjemy. - zawod w jego glosie zbil mnie z panatyku.

- To zle? - westchnal tylko. A wiec tego pragnal arystokrata. Szybkiej i bezbolesnej smierci. Przytulilam sie do poduszki czujac mdlosci.

- Co ci jest? - spytal przygladajac mi uwaznie.

- Nie wiem, chyba powinnam cos zjesc. - odparlam znow zamykajac oczy.

- To kryjowka Blaise'a. - oprzytomnialam natychmiast slyszac imie Zabiniego. Jezeli taka jest prawda, to moga jeszcze tam byc.

- Musimy ich znalezc. - wstalam szybko podtrzymujac sie oparcia lozka. Zdziwiona zauwazylam, iz mam na sobie bawelniana koszulke i krotkie spodenki. Ktos musial mnie przebrac, kiedy spalam. Moze Ginny.

- Sami do nas przyjda. - mruknal chowajac twarz w dloniach.

- Slucham? - popatrzylam na niego zaskoczona.

- Granger... - jeknal zirytowany. - Nadal nie rozumiesz? - utkwil swoj wzrok w suficie.

- Spadalismy w przepasc, potem obudzilismy sie tutaj. Jest wiele mozliwosci. - zauwazylam.

- To byla iluzja. Zwykla fatamorgana. Wymyslili to, zeby w razie przedostania sie wroga tak blisko mogli go uspic i zabic, lub przetransportowac gdzies indziej.

- Ale skad pewnosc, ze nie opuscili tego miejsca? Moze uratowali nas, ale to wszystko?

- Sa tutaj, czuje to. - westchnal podpierajac sie plecami o sciane.

- I uwazasz, ze tak po prostu mozemy siedziec w komnacie i na nich czekac? - prychnelam. Nie odpowiedzial znow zamykajac oczy. Nie rozumialam, co sie z nim dzialo. Byl inny, pozbawiony wiekszych emocji. Z racji na wrodzona upartosc skierowalam sie do drzwi wyjsciowych. Moze i dla niego nic nierobienie jest wystarczajaco konstruktywne, ale ja musialam w koncu dzialac. Do tego za oknem bylo ciemno, a to oznaczalo ze juz dawno powinnam wrocic do Hogwartu.

- Jest zamkniete zakleciem. - uprzedzil mnie chlopak. Moja reka mimowolnie dotknela klamki i od razu poczulam przeplyw razacego pradu. Odskoczylam od niej klnac pod nosem.

- Skad to wszystko wiesz? - warknelam chodzac nerwowo po pomieszczeniu i wbijajac w niego mordercze spojrzenie. Znow zamilk, co zaczelo doprowadzac mnie do stanu zagrazajacego zyciu innych.

Granger nic nie rozumiala. Kiedy pozwalala swoim emocjom dzialac jej mozg automatycznie przechodzil w stan hibernacji utrudniajac mi tylko zycie. Zadawala glupie pytania, na ktore sama mogla sobie odpowiedziec, gdyby chociaz na chwile usiadla na dupie. Jednak nie, dziewczyna tylko sie nakrecala chodzac po calym pokoju. Z drugiej strony przynajmniej nie widziala w jakim stanie jestem. Pierwszy raz bowiem dalem sie az tak oszukac. Moj umysl byl idealnie rozpracowany przeze mnie samego, dlatego moglem z nim zrobic wszystko lacznie z ustawieniem odpowiedniej tarczy. Zabiniego znalem od wielu lat i widzialem postepy jakie czynil. Dlatego tez zdezorientowal mnie fakt, ze nie przewidzialem jego kolejnego kroku. Iluzja byla tak perfekcyjna, iz moglaby oszukac Czarnego Pana. Nie bylem na to przygotowany.

- Malfoy, skoro jestes tak obeznany we wszystkim, to moze powiesz mi laskawie, co mamy teraz zrobic? - znowu ona. Nie da mi chwili spokoju, juz wolalem spadac w te cholerna przepasc.

- Juz powiedzialem. Przyjda do nas w odpowiednim momencie. - westchnalem znuzony jej gadanina.

- A skad taka pewnosc? - nie dawala za wygrana, sto procent upartosci, zero myslenia.

- Jestes glupia? - nie wytrzymalem. - Pomysl w koncu. Obecnie to jest jedyne miejsce, w ktorym sa bezpieczni. Gdyby chcieli sie nas pozbyc juz dawno lezelibysmy gdziekolwiek indziej. Do tego, gdybys chciala zauwazyc, przebrali nas i umyli. To o czyms swiadczy. Pomieszczenie zostalo zabezpieczone zakleciem, zebysmy nie zrobili czegos glupiego do czasu, az wstana. Niektorzy potrzebuja snu, Granger i szczerze to zaliczam sie do tych ludzi.

- To co powiesz na to? - znow to wyzywajace spojrzenie. - Owszem, pozwolili nam przezyc, jednak zaklecie rzucili tylko po to, zeby miec wystarczajaco duzo czasu na ucieczke. Nie chcieli nas skrzywdzic, wiec zmrozyli snem i trzasneli czar z terminem waznosci. Kiedy rano wstaniemy on zniknie a wraz z tym domownicy. Wiedza, iz ich tropimy i szukaja teraz najlepszego wyjscia, abysmy juz wiecej do nich nie dotarli. - Pokrecilem oczami zirytowany jej niepewnoscia. Ja mialem wazniejsze powody, zeby odnalezc Blaise'a, niz ona wiewiore.

- Rob co chcesz, ide spac. - rzucilem chlodno kladac sie w wygodnej pozycji.

- Dlaczego taki jestes? - westchnela.

- Co? - jeknalem nie zaszczycajac jej nawet spojrzeniem.

- Zlosliwy. - poczulem, jak lozko przyjmuje ciezar drugiej osoby. Dziewczyna usiadla obok przykrywajac sie koldra. Czulem jej wzrok na sobie i nie potrafilem w zaden sposob pozbyc sie dziwnego uczucia, ze czyta ze mnie jak z ksiegi.

- Skad to zaskoczenie? - mruknalem.

- A skad twoje dwojakie reakcje? Nie chcesz upodabniac sie do swojego ojca, a jednak przyjmujesz jego poglady. Fakt, iz uczono cie tego nie odbiera tobie prawa do wlasnych opinii na temat swiata.

- I co w zwiazku z tym? Oczekujesz, ze zaczniemy sie przyjaznic? Ze bede jak wiewior i Zloty Boy wpatrzony w ciebie niczym w obrazek? Granger, opczytomnij. - zaszydzilem.

- Dlaczego mnie pocalowales? - warknela. A wiec o to jej chodzilo.

- Nie pamietam takiej sytuacji. - nie odpowiedziala. Zaciekawiony spojrzalem na nia. Wygladala na zamyslona, czego sie nie spodziewalem. Liczylem na kolejny wybuch zlosci, co moglo byc zwyczajnie zabawne. Ona jednak nic nie mowila, po prostu patrzyla sie w sufit zapewne pograzajac w jakichs konkretnych wspomnieniach. Rozbudzilo to moje zainteresowanie, bo ogladajac umysl Gryfonki przenosilem sie w bardzo prywatny i niecodzienny dla innych swiat. Czulem, ze jestesmy do siebie podobni, groznie chcialem wiecej.

- Powiedz cos. - zazadalem. Nie zareagowala. Podnioslem sie wyzej opierajac plecami o sciane.  Utkwilem w niej wzrok. - Powiedz cos, Granger.

- Wal sie... - mruknela ciskajac iskrami. Usmiechnalem sie szyderczo.

- Chetnie, ale nie ma tutaj kibla, a przy tobie to malo mozliwe.

- Kretyn. - pokrecila glowa.

- Czemu jestes taka uparta?

- Bo tylko walczac o cos mamy szanse zblizyc sie do wygranej. Nic nie dostaniemy bezpodstawnie.

- Czyli nie bez powodu twoja matka chciala zabic cie przed narodzeniem a moj ojciec rzucal na mnie crucio, kiedy nie odpowiadalo mu moje zachowanie? To tez bylo nie bezpodstawne?

- Bredzisz... - szepnela lapiac sie za kolana.

- Doprawdy?

- Malfoy, bylismy dziecmi. Teraz mamy mozliwosc podejmowania prawdziwych decyzji.

- Niektore podjeto za nas.

- Kurwa, czy ty musisz wiecznie przypominac o swoim "przeznaczeniu"?! - warknela zla. - To przez to wlasnie nigdy nie osiagniesz pelni sil i wiecznie bedziesz zdany chociazby na takich ludzi jak ja. Nie masz woli walki, co natychmiast dyskwalifikuje cie w kazdej kategorii. - Uderzylem lekko glowa o sciane zmeczony.

- Za bardzo ci zalezy... - westchnalem. Jeknela wzburzona. - Tylko nie wiem, dlaczego.

- Pierwszy raz spotkalam kogos, kto wie czym jest cierpienie. Harry nie zyl najlepiej w swojej rodzinie, ale mogl po prostu od nich odejsc. Do tego jego rodzice sa nadal szanowani i to pociaga za soba wiele rzeczy, ktorych ja nigdy nie doswiadcze.

- Mianowicie?

- Boze, Draco!  Nie zadawaj mi takich pytan, bo jeszcze uznam, ze interesujesz sie moim zyciem. - zaskoczyla mnie po raz kolejny w ciagu tych kilku dni zwracajac sie w moja strone po imieniu.

- Odpowiedz po prostu. - szepnalem wyczekujac. Widzialem, jak spina cale swoje cialo bijac sie z myslami. Poczochrala nerwowo wlosy i przemowila.

- Moze dla ciebie pocalowanie kogos nie jest niczym niesamowitym, ale ja nie robie takich rzeczy na codzien. - mowila cicho, ledwo ja rozumialem.

- Czyli juz za pozno... - komplikacje, jak zawsze.

Popatrzylam zaskoczona na chlopaka. Moje serce zamarlo a oddech zaczal ciazyc w plucach. 

- Na co za pozno? - szepnelam nie rozumiejac sensu jego wypowiedzi. Popatrzyl sie na mnie zmeczonym wzrokiem.

- Zalezy ci na mnie. To najgorsze, co moglo cie spotkac, Granger. Poparzysz sie jeszcze zanim dotkniesz ognia. - odpowiedzial spokojnie.

- Ogien nie jest grozny dla ognia.

- Ja jestem dla wszystkich. Niose w sobie smierc, ktora czestuje kogo popadnie.

- Nie wierze ci. - westchnelam.

- Bo nie myslisz! - warknal nagle. - Nie widzisz, czym tak naprawde ja jestem! Wydaje ci sie, ze mozesz zmienic swiat, ale to tylko twoje urojenia. Swiat ma wlasne prawa i nic na nie nie poradzisz a zblizajac sie do osob mojego pokroju ryzykujesz jeszcze bardziej. - Wstal agresywnie kierujac sie do okna. Chcial je otworzyc, jednak potraktowalo go tak samo jak mnie drzwi. Zezloszczony podszedl do naszych rzeczy, ktore lezaly na krzesle w kacie i wyjal z zamknietej kieszeni kurtki paczke papierosow.

- Chodz do mnie. - odparlam nostalgicznie. Pominal jednak moja wypowiedz, wiec sama wstalam kierujac sie do blondyna. Obserwowal mnie uwaznie mordujac wzrokiem. Nie wiedzialam, co pcha mnie w objecia tego szowinistycznego arystokraty, ale moje cialo prawie stykalo sie z silna klatka piersiowa Slizgona. Nie odepchnal mnie, wiec dzialalam dalej sluchajac glosu swojego uspionego przez wiele lat serca. Wyciagnelam dlon dotykajac jego policzka, chlodnego i szorstkiego. Dalej tkwil w tym samym miejscu mierzac mnie uwaznie swoimi stalowymi teczowkami. - To ja jestem ogniem.