Poranek okazal sie dziwny. Kiedy wstalam pokoj byl pusty. Ze strachem przypomnialam sobie, co dzialo sie wczesniej i zirtowana opadlam ciezko na poduszke. A raczej kafel, ktory mial ja udawac.
- Krolestwo za kawe. - jeknelam kladac sie na brzuchu. Chociaz zegarek na moim nadgarstku pokazywal dopiero siodma czulam sie tak, jakby zblizal sie wieczor. Deszcz odbijal sie glosno od parapetu a wiatr zmuszal go do mocniejszego spotkania z oknem. Z ulicy dobiegal gwar poranka. Ludzie szli do swoich prac, szkol, niektorzy dopiero wracali do domu. Wszyscy tak nieswiadomi tego, co dzieje sie tuz obok nich.
Nie dostrzegali wojny, ktora powoli zblizala sie do ich kruchych cial. Byli najslabszym celem. Bezbronni.
- Mysle, ze nie posiadasz tego krolestwa. - poderwalam sie momentalnie slyszac glos chlopaka. Siedzial jak gdyby nigdy nic pijac kawe. Na stoliku obok dostrzeglam druga.
- To dla mnie? - spytalam zaskoczona. Pokiwal jedynie twierdzaco glowa wyjmujac paczke mugolskich papierosow z kieszeni.
- Jestem ciekaw czym roznia sie od naszych. - przyznal podchodzac do okna. Uchylil je lekko i odpalil jedna fajke zaciagajac sie dymem. W dziwny sposob zirytowal mnie fakt, ze w calej tej otoczce wszystkiego byl po prostu interesujacy. Na dodatek nigdy nie wiedzialam, czego moge sie po nim spodziewac, co w sumie tworzylo pozadana mieszanke.
- I jak? - spytalam przyciskajac kubek na wynos do siebie.
- O dziwo nie jest zle. - przyznal. - Jak mugole je robia? - popatrzyl na mnie zaciekawiony.
- Pobodnie jak my, tylko nie uzywaja do tego magii. Wpierw zbieraja liscie tytoniu, potem je susza a na koniec zwijaja z nich papierosy dodajac filtry i bletki. - wzruszylam ramionami. Moja matka wciaz robila tzw. "skrety", wiec moja wiedza o tym byla wrecz doswiadczalna. Chlopak nic na to nie powiedzial znow wpatrujac sie w okno. Siegnelam po torbe i wyjelam z niej kosmetyczke, po czym zniknelam w prowizorycznej lazience. Ledwo moglam sie w niej zmiescic, na dodatek drzwi mialy niewielka dziure na srodku, czego wczesniej nawet nie zauwazylam. Westchnelam widzac swoje blade odbicie. Nie rozmyslajac nad tym dluzej umylam zeby i przemylam twarz. Nastepnie przebralam sie w czarne rurki i bialy sweter, po czym wyszlam z pomieszczenia. Chlopak dalej stal w tym samym miejscu pograzony we wlasnych myslach. Wygladal wrecz magnetycznie, blond wlosy opadaly mu na czolo tworzac artystyczny nielad. Oczy...te oczy, mozliwe ze potrafia przejrzec dusze kazdego. Dziwnie spokojne, zazwyczaj jednak szydzace z kazdego, na kim sie skupily. Z niej szczegolnie.
- Od czego zaczynamy? - spytalam znow siadajac na lozku. Popatrzyl sie na mnie i po chwili siedzial obok.
- Potrzebuje informacji o mugolskich stancjach. - odparl.
- Oni nazywaja je hotelami i motelami. - zauwazylam. - To nie problem, skocze do kafejki i sciagne z internetu caly spis londynskich osrodkow wypoczynkowych.
- Co zrobisz? - spytal przekrecajac lekko glowe.
- Niewazne, pokaze ci potem. Jakie miejsce prawdopodobnie przypadloby Zabiniemu do gustu? - zapytalam siegajac cpo resztke kawy.
- Ustronne i tanie. Nie chce rzucac sie w oczy. - przyznal. Westchnelam. Duzo miejsc pasowalo do takiego opisu a czas uciekal. Prawda jest taka, ze oni mogli byc doslownie wszedzie. Mogli przeciez zmienic sie w jakies szczury i mieszkac w kanalach...
- Mam pomysl! - krzyknelam odkladajac szybko pusty kubek. - Chodz! Szybko! - ponaglilam go zakladajac kozaki i plaszcz. Patrzyl na mnie zdezorientowany. Po chwili jednak wstal i ubierajac cieplejsze odzienie, warte zapewne wiecej niz moj caly dom, wyszlismy z motelu po skrzypiacych schodach.
- O co chodzi, Granger? - spytal, gdy minelismy dwie przecznice.
- Znam kogos, kto nam pomoze. - odparlam zakladajac skorzane rekawiczki i poprawiajac szalik. Uchwycilam zaciekawione spojrzenie Malfoya, nie powiedzialam jednak nic wiecej. On rowniez odpuscil przepytywanie mnie.
Londyn jest miejscem wielu barw, z jednej strony swiat kultury i uwielbienia do Krolowej. Z drugiej jednak strony kryje on tajemnice od ktorych dreszcz przechodzi po ciele. Jedna z nich miescila sie na terenie starych fabryk, ktore utracily dawna swietnosc i sluzyly jako miejsce porachunkow podziemnych gangow.
Po dluzszej chwili bylismy na miejscu. Wiatr nadal usilnie rzucal liscmi na wszystkie strony. W moim sercu zagoscila jednak nadzieja. Stalismy przy wejsciu do jednego z magazynow znanej firmy produkujacej czesci do aut i maszyn. Zapukalam pewnie w biale drzwiczki. Draco stal obok mnie nie wyrazajac zadnych emocji, lepsze to niz ironia i sarkazm. Widocznie i jemu zalezalo na odnalezieniu zaginionych przyjaciol. Nie minela sekunda a w wejsciu pojawil sie ciemnoskory mezczyzna. Na nosie zawisly mu okragle okulary z fioletowymi szklami. Wlosy, czarne i potargane schowal pod melonikiem. Ubrany w ciasna, biala koszulke ukazujaca efekty codziennego siedzenia na silowni zdjal robocze rekawice i usmiechnal sie na moj widok.
- Moja ulubiona klientka! - wyciagnal do mnie reke. Uscisnelam ja wchodzac do srodka.
- On jest ze mna. - zaznaczylam widzac nieufnosc w stosunku do Slizgona.
- Przyjaciele mojej zielarki sa moimi przyjaciolmi. - zakomunikowal siadajac. Skrzywilam sie na mysl, iz ja i blondyn mozemy zostac odebrani jako przyjaciele, ale nie skomentowalam tego. Odwrocilam sie do mezczyzny.
- James. - zwrocilam sie do niego. - Musze znalezc dwie osoby. Prawdopodobienstwo pobytu w Londynie sto procent, mam malo czasu.
- Hmm...zdjecia, podstawowe dane i...zaplata. - usmiechnal sie szeroko wyjmujac cygaro z szuflady.
- Czego oczekujesz? - spytalam opierajac sie o element konstrukcji.
- Coz...jest taka jedna, moglbym ja w sumie kupic, jednak wolalbym zeby za mna szalala, rozumiesz. - zmarszczyl lekko nos gryzac cygaro. - Potrzebuje cos na nia. Do tego mam problem z przekonaniem jednego goscia do oddania mi kasy. Moglbym go zabic, ale wtedy juz nic nie dostane. - dodal powaznie.
- Zalatwie ci cos na obie sprawy. Ile zajmie ci odnalezienie ich? - spytalam rzucajac mu zdjecia i notatki, ktore trzymalam wczesniej w torbie. James zdjal okulary i zaczal przegladac wszystko, co mu przynioslam. Draco w tym czasie lustrowal mezczyzne uwaznym wzrokiem. Wiedzialam, ze czeka na wyjasnienia.
- Po weekendzie powinny byc juz jakies informacje. - odparl znow zakladajac okulary.
- Jak cie znajde? - spytalam.
- To ja ciebie znajde. - zakomunikowal. Pokiwalam twierdzaco glowa.
- Milego dnia! Moja zielarko! - uslyszalam jego rozbawiony glos. Pomachalam mu na pozegnanie i wyszlam na swieze powietrze. Blondyn ruszyl za mna.
Patrzylem zaskoczony na dziewczyne. Chyba nikt nie spodziewal sie, zeby wzorowa uczennica handlowala eliksirami z mugolami. A jednak, Granger byla czlowiekiem wielu oblicz, nigdy nie wiadomo ktore wlasnie ukaze.
- Zostawmy to jemu. Jezeli bedziemy szukac, to tylko przeszkodzimy w robocie. - odparla beznamietnie.
- Jak to zrobi? - spytalem niezbyt przekonany. Westchnela cicho.
- Nie wyczules, prawda? - popatrzyla na mnie. - Zaraz zacznie padac, chodzmy cos zjesc. - dodala kierujac sie w strone kawiarni. Poszedlem za nia czujac coraz wieksze zainteresowanie ta drobna istota. Irytowala mnie jednak nieswiadomosc.
Miejsce, ktore wybrala bylo opustoszale i zapuszczone. Za lada siedziala starsza kobieta z gazeta, w kuchni zauwazylem mezczyzne w podobnym do niej wieku. Pomimo to Granger chciala tam byc, jak widac bieda nie przeszkadzala jej w zadnym aspekcie.
- Poprosze kawe, czarna. I kanapke wegetarianska bez jajka. - zwrocila sie do starszej. Ta usmiechnela sie do niej i zawolala do drugiego pracownika.
- Jedna wegetarianska bez jajka, Charlie! - usmiechnela sie cieplo do Gryfonki i popatrzyla na mnie. - A dla pana?
- To samo. - odpowiedzialem nie znajac mugolskiego jedzenia. Dziewczyna popatrzyla na mnie zaskoczona.
- Maja tutaj dobre mieso, ty chyba raczej je jesz. - zauwazyla. Rzucilem jej powatpiewajacy usmiech. Przekrecila tylko oczami i zajela jedno z oddalonych miejsc. Usiadlem przed nia. W tle lecial jazz, nadajac dziwny klimat otoczeniu. Granger zdjela plaszcz i nachylila sie do mnie. Zrobilem to samo.
- James nie jest mugolem. - szepnela. - Jest wilkolakiem. To dosc...specyficzne w tej czesci swiata, ale jego zmysly sa niewyobrazalnie rozwiniete. "Wyweszenie" Ginny i Blaisa zajmie mu chwile.
- Skad go znasz? - pytalem dalej widzac, ze moge uzyskac odpowiedzi. Spuscila wzrok milknac na chwile.
- Kazdy ma swoja przeszlosc. - wzruszyla ramionami. - Potrzebowalam kiedys pomocy a on sie zjawil. Powiedzial, ze wyczul...mnie. Moje emocje. Od tamtego czasu utrzymujemy wspolprace. - patrzylem na nia ciekaw wspomnienia, ktore krylo sie za tymi wyjasnieniami. Ona najwyrazniej od razu zrozumiala co chodzi mi po glowie, gdyz cofnela sie natychmiast zdwajajac czujnosc. Usmiechnalem sie do niej zlosliwie.
- Czego tak sie boisz, Granger? Przeszlosc cie przerasta?
- Jestes smieszny, Malfoy. - warknela.
- Doprawdy? Nie mam nic do ukrycia. - sklamalem plynnie.
- Doprawdy? To pokaz mi cos. - wiedzialem, ze taki bedzie jej kolejny krok.
- Prosze bardzo. - odparlem dotykajac jej dloni.
Nagle przed moimi oczami ukazal sie obraz mlodego Draco. Ubrany w zwykla, szkolna szate siedzial przy wielkim stole w salonie czekajac zapewne na posilek. Wokol kszataly sie skrzaty domowe nie wydajac przy tym zadnych dzwiekow. Pomieszczenie wypelnione bylo barwami granatu, szarosci i bieli. Idealnie odzwierciedlalo chlod, jaki panowal miedzy domownikami. Tuz przed chlopakiem siedziala piekna kobieta. Jej dlugie, blond wlosy przypominaly bardziej zloto. Pomimo piekna, jakie posiadala wygladala na obojetna, pozbawiona wiekszych emocji. Moglabym nawet stwierdzic, ze to ona przyczyniala sie do tego zimna otaczajacego kazdego, kto na nia spojrzal.
- Mamo, kiedy przyjdzie tata? - glos mlodego Malfoya przywrocil mi wspomnienia. Ten sam bowiem w pierwszej klasie rozpoczal fale upokorzen i zlosci, jaka miedzy nami panowala przez lata.
- Nie wiem. - mruknela kobieta obojetnie. A wiec to byla ta slawna Narcyza, o ktorej po dzis dzien unosza sie opowiesci. Chlopiec poruszyl sie zdenerwowany na siedzeniu.
- Ale mial byc dzisiaj. Przeciez jutro wyjezdzam. - szepnal zamsucony. Pierwszy raz widzialam tak czyste emocje na jego twarzy. Jego matka nic na to nie odpowiedziala wstajac od stolu i znikajac na schodach.
Wspomnienie nagle zaczelo sie rozmazywac. Po chwili siedzialam w czyims pokoju. Jego barwy niewiele roznily sie od salony, od razu zrozumialam, ze to dalej jest posiadlosc Malfoyow. Zza bialych drzwi dobiegaly odglosy klotni. Nie minela sekunda a otworzyly sie z hukiem i wlecial przez nie rozwscieczony Lucjusz pchajac swojego syna, ktory upadl na ziemie. Szybko podbieglam do niego, jednak moja dlon przeniknela przez cialo blondyna. Wygladal na wystraszonego i wyniszczonego. Mial wtedy juz okolo pietnastu lat. Cala jego twarz i ramiona byly posiniaczone. Gdybym spotkala go w takim stanie na ulicy uznalabym, iz to jakis pijak a nie Slizgon.
- Nigdy nie waz mi sie sprzeciwiac! - warknal na niego ojciec. - Jezeli jeszcze raz odmowisz Czarnemu Panu bedzie torturowal cie tak dlugo, az umrzesz.
- Matko... - szepnal mlody. Za swoim mezem stala Narcyza. W dlugiej, srebrnej sukni wygladala jak aniol. Bylo to jednak mylne stwierdzenie.
- Sprzeciwiles sie ojcu. Zostales za to ukarany. - odparla beznamietnie. Po tym Lucjusz kopnal swoje dziecko w brzuch i rozzloszczony wyszedl z pokoju. Czulam klucie w sercu, pragnelam usniezyc jego bol, wiedzialam jednak ze to wspomnienie. Czas przeszly. Nic nie moglam na to poradzic.
- Zabije cie... - uslyszalam jedynie szept Slizgona i po chwili znow siedzialam w cieplej kawiarni. Wokol roznosil sie zapach kawy i dzwiek jazzu. Malfoy dalej siedzial przede mna, jednak jego wzrok byl zamglony, jakby dalej ogladal te chwile. Zawsze wydawalo mi sie, ze jego zycie bylo sielanka. Drogie ubrania, znane nazwisko, wiele przywilejow. W szkole nigdy nie ukazywal slabosci, wciaz drwil z innych i ukazywal swoja wyzszosc. Na dodatek wiecznie Prorok chwialil Lucjusza umieszczajac przy tym pochwaly odnosnie jego syna, ktory mial kontynuowac rodzinna tradycje i ciagnac arystokratyczny rod dalej dajac mu swietlana przyszlosc. Okazalo sie jednak, ze to wszystko bylo fikcja. Propaganda tworzaca zludny obraz rzeczywistosci. Od dawna wiedzialam, iz Lucjusz jest Smierciozerca, jednak jego syn nie zaprzeczal ojcu. Przynajmniej tak myslalam...
- Kanapki i kawa dla panstwa. - z zamyslenia wyrwal mnie glos starszej pani. Popatrzylam na nia roztargniona. Szybko zauwazylam, ze nadal mam splecione palce z dlonia Malfoya. Cofnelam sie gwaltownie. Chlopak machinalnie polozyl banknot na tacy.
- Nie trzeba reszty. - dodal. Oczy kobiety rozszerzyly sie w zaskoczeniu.
- To bardzo duzo. - zauwazyla.
- Niech pani to wezmie. - westchnal usmiechajac sie szelmowsko. Pracownica zabrala pieniadze i zniknela w kuchni. Znow zostalismy sami. - I jak? - odezwal sie do mnie dalej nie spuszczajac wzroku z mojej twarzy.
- Jezeli odpowiem, ze mam kolejna setke pytan, to bedziesz chetny do odpowiedzi? - spytalam na wydechu biorac kanapke.
- Nic za darmo. - odparl przysuwajac do siebie kawe.
- Co chcesz jeszcze wiedziec? - czego moglam sie spodziewac? Blondyn rozsiadl sie wygodnie wazac zapewne slowa.
- Pokaz mi to, na czym mi zalezy. - usmiechnal sie cynicznie.
- Nie chcesz tego widziec. - westchnelam. Przenikal mnie swoimi stalowymi oczami. Wrecz magnetycznie. On chcial to zobaczyc. - Zjedz. Nie tutaj. - poddalam sie wiedzac, iz obiecalam. Obietnic nalezy dotrzymywac, niestety.
Przepraszam, że przez tyle czasu mnie nie było, ale miałam zakręcony tydzień...
OdpowiedzUsuńOpowiadanie świetne! Genialne pomysły <3
Mogę zapytać w jakim jesteś wieku? (jestem strasznie ciekawa :)
Pozdrawiam, czekam na kolejne rozdziały,
Joni
maturzystka obecnie ;d aczkolwiek ostatnio wiecej pisze opowiadan niz sie ucze;/
OdpowiedzUsuń