Zastanawiam sie, czy ktos ogolem interesuje sie tym blogiem. Nie jestem lasa na komentarze, jednak konstruktywna opinia motywuje do dalszego dzialania a takiej niestety brakuje. Mam juz wiekszosc rozdzialow napisanych w notatniku i czekaja na publikacje, zalezy mi na tym, aby komus sprawialo to przyjemnosc. Dawno nie pisalam blogow, wiec wyszlam z wprawy bycia "bloggerem". Czytam duzo opowiadan, wiekszosc komentuje, ale niezbyt potrafie sie promowac i reklamowac. Na dodatek moj laptop ma juz swoje lata i raczej nie jestem w stanie ogarniac na nim lepszego wygladu bloga i innych udziwnien, a to chyba tez wplywa na Wasza opinie. Jezeli dla kogos moje opowiadanie jest ciekawe, interesujace to niech da znac. Bedzie mi po prostu milo widzac, iz nie pisze do powietrza a Czytelnika.
A teraz zapraszam do 6 rozdzialu.
Siedzielismy w motelowym pokoju. Londyn zalany deszczem usypial cale miasto. Zgodnie wybralismy bardziej obskurne miejsce na nocleg, aby nie skupiac na sobie niepotrzebnej uwagi. Moje srodki finansowe rowniez nie pozwalaly na zbytnia awangarde w wydawaniu pieniedzy. Pomieszczenie zajmowaly jedynie dwa lozka okryte szarymi kocami i umywalka z toaleta schowane za drzwiami przy wejsciu. Malfoy ledwo przekroczyl prog i polozyl sie na swoim poslaniu. Ja wpierw skorzystalam z lazienki przemywajac twarz zimna woda i czyszczac zeby. Przez cala droge nie odezwalismy sie slowem, on podazal za mna a ja tluklam sie z myslami. Ciazylo mi klamstwo, ktorym posluzylam sie, aby wyjechac z Hogwaru. Wracajac do wynajetego pokoju usiadlam na swoim lozku i rzucilam na nie torbe.
- Od czego zaczniemy? - spytalam widzac jego znuzona mine.
- Musimy ustalic prawdopodobne miejsca pobytu Blaisa i wiewiory. - odparl podnoszac sie do pozycji siedzacej.
- Nie nazywaj jej tak. - warknelam.
- Zabini na pewno szukal czegos ustronnego, ukrytego przed ludzkim wzrokiem. - kontynuowal pomijajac moja wypowiedz. - obstawiam jakies oddalone domostwo, zaklecia namierzajace nie dzialaly, wiec mogl rzucac tam spokojnie czary. - chlopak podrapal sie po karku i spojrzal na mnie.
- To nam duzo nie da. Jezeli jest gdzies w Afryce, albo Azji to bycie tutaj jest bezsensowne. - zauwazylam. Malfoy zasmial sie szyderczo.
- Granger, Granger...jak to mozliwe, ze uznano cie za jedna z madrzejszysz osob w szkole? - zadrwil. - Najciemniej jest pod latarnia. Zabini nie opuscilby tego miejsca, to nie lezy w jego naturze. Zbyt wiele tutaj posiada. Nie mowie tylko o pieniadzach. - przez chwile wzrok mojego rozmowcy stal sie jakby zamglony. Skryl szybko swoje oczy pod powiekami, po czym kontynuowal. - Jego matka zmarla dwa lata temu. Przyzekl, ze pomsci tych, ktorzy rzucili na nia avade. To zwiazalo go z Anglia. Tutaj bowiem dokonano na niej mordu. Bez wzgledu na to jak zauroczyla go Weasleyowa nie odpusci sobie zemsty. - popatrzyl na mnie usmiechajac sie cynicznie.
- Nie wiedzialam o tym, jak to mozliwe, ze Prorok nic nie wyweszyl? - zapytalam zaskoczona. Blondyn tylko wzruszyl ramionami.
- Ja swoje powiedzialem. Teraz ty cos w koncu zrob, bo inaczej uznam cie za bezuzyteczna. - oczywiscie, pan i wladca narzuca zasady.
- Posluchaj mnie, idioto. Nie robie tego dla ciebie, osobiscie mam w dupie jak sie czujesz i czego potrzebujesz. Nie jestem przedmiotem, wiec albo mnie szanuj, albo zwyczajnie zamilcz. Twoje opinie interesuja mnie tak samo jak tlenione wlosy Brown. Mozesz odgrywac kogo chcesz, ale gowno wiesz o zyciu skoro traktujesz innych gorzej od skrzatow domowych. - warknelam zla.
- Uwazaj na slowa szlamo. - gdyby wzrok mogl zabijac juz dawno poczulabym ziemie w ustach.
- Bo co mi zrobisz? Trzasniesz avada? Trafisz do Azkabanu. To nie jest najprzyjemniejsze miejsce, uwierz mi, widzialam je na wlasne oczy. Dementorzy uwielbiaja odbierac wiezniom resztki nadziei czekajac na moment, w ktorym zloza na ich ustach smiertelny pocalunek. Co najlepsze, nie czeka cie po tym upragniona smierc, o nie, to by bylo za proste. Twoja dusza na wieki przezywa wszystkie meki zycia, ktore wiodla. - zauwazylam na jego twarzy zaskoczenie. Ona na prawde byl az tak zapatrzony w siebie, ze nic nie wiedzial?
- Skad to wiesz? - spytal zbity z panatyku.
- Nie mam zamiaru ci o tym opowiadac, zajmijmy sie tym po co tutaj trafilismy. - odpowiedzialam chlodno.
- Zaciekawilas mnie szlamo, tak latwo nie opuszcze. - grozba w jego glosie zawisla nad naszymi glowami. Po chwili poczulam jak silne macki oplataja moja glowe. Cos zlowieszczego wkradalo sie do mojego umyslu poszukujac konkretnych wydarzen. Nie spodziewalam sie po Malfoyu az takiej zdolnosci, nie moglam jednak dopuscic do ukazania tych wspomnien. Nigdy. Patrzylismy na siebie walczac w podswiadomosciach. Moja tarcza przeciwko jego atakom. Prawdopodobnie ktos, kto patrzylby na to z boku wyszedlby z zalozenia, ze para dzieciakow pograzyla sie w rozmyslaniach i zastygla w przyjetych wczesniej pozycjach. Jedynie czarodziej dostrzeglby lune swiatla otaczajacego nasze postacie. Nie wiem ile to trwalo, kazda minuta oslabiala moja sile. Chlopak rowniez wygladal coraz gorzej, pomimo to nie odpuszczal. Widocznie wizja pobytu w Azkabanie, o ktorym plotki zmieniaja sie z dnia na dzien ciazyla mu od dluzszego czasu. Karma wraca do ludzi. Poczulam uklucie w plucach. Nagle przed oczami stanal mi obraz, ktorego sama sie nie spodziewalam.
Pozny wieczor. Za oknem snieg przykrywal caly swiat bialym puchem dajac zludne uczucie radosci. W jednym z domow oddalonych od centrum Londynu mieszkala mala dziewczynka wraz ze swoja matka. Z racji na uzaleznienia rodzicielki nie oplacono wszystkich rachunkow i wszedzie panowal ziab. W pewnym momencie owa dziewczynka przyszla do salonu, w ktorym kobieta ogladala telewizje palac papierosa i pijac piwo. Na to zawsze znajdowala pieniadze.
- Mamo... - szepnela niepewnie. Odpowiedziala jej jedynie cisza przerywana odglosami filmu. - Mamo. - odezwala sie glosniej skupiajac na niej swoja uwage.
- Czego? - mruknela gaszac papierosa o porcelanowy talerzyk.
- Zimno mi... - przyznala jej corka stojac w podziurawionych rajstopkach i ogromnej, poplamionej bluzie. Gdyby nie piekne, brazowe wlosy i wielkie oczy uznano by ja za skrzata domowego.
- Gowno mnie to obchodzi. - warknela Jean. Dziecko potarlo przemarzniete ramiona.
- Ale mamo... - szepnela spragniona milosci. Byla tak drobna, wystraszona. Kobieta wylaczyla telewizor i dzierzac piwo podeszla do swojej corki. W jej oczach igraly zlosliwe ogniki. Mloda juz wiedziala, ze czeka ja cos zlego, przykrego.
- Sluchaj mnie, bo nie bede powtarzac. - powiedziala sztucznie milym glosem. - Nie potrzebuje cie, dostaje za ciebie alimenty i tylko dlatego znosze twoja obecnosc w moim domu. Jestes mala wpadka, przypadkiem, ktory zniszczyl mi zycie. Nikt cie nie kocha, nikt nie chce. Nawet nie wiesz, jak twoj ojciec blagal mnie, zebym cie usunela, zabila. Jednak bylo juz za pozno na takie rzeczy. Probowalam sama przerwac ciaze, ale pomimo amfy i wodki ty jednak przyszlas na ten okropny swiat... - przerwala popijajac duzy lyk piwa. - Och...Helena...
- Hermiona. - wtracilo dziecko. Glosne plaskniecie rozeszlo sie po pomieszczeniu. Dziewczynka upadla na podloge trzymajac sie za piekacy policzek.
- Kurwa, nie przerywaj mi mala szmato! - Warknela kobieta. - Do pokoju, wynos sie! - wrzasnela za uciekajaca corka. - Jak ja cie, kurwa nienawidze!
Mala wersja Hermiony siedziala skulona pod kocem w kacie pokoju. Zamiast lozka miala jedynie materac z wystajacymi strunami. Zadnych zabawek, biale, wybrudzone sciany i zniszczone okno, przez ktore chlod wkraczal do srodka. Jedyne, co dziewczynka posiadala to ksiazka. Basnie braci Grimm, ktore traktowala jak najwiekszy skarb na swiecie.
Opuscilem jej wspomnienia oszolomiony tym, co zobaczylem. Bedac w nich czulem wszystko, co siedzialo w Granger, tak dziala odkopywanie przeszlosci w czyims umysle. Nagle w pomieszczeniu zapanowal chlod, czulem go w kosciach. Ze strachem popatrzylem w jej strone. Siedziala w tej samej pozycji co wczesciej a po jej policzkach splywaly lzy. Nie wydawala z siebie dzwiekow, niczym rzezba. Gdyby nie te cholerne lzy uznalbym, ze ktos rzucil na nia jakies unieruchamiajace zaklecie. Nie minela chwila, kiedy siegnela do torby i wyjela z niej jakas poniszczona ksiazke, podpalona w jednym miejscu. Trzymajac ja w dloniach glaskala okladke. Domyslilem sie, co to bylo. Jej jedyny ratunek z dawnego zycia. Nie wiem, dlaczego to zrobilem. Dlaczego wstalem i skierowalem sie do niej. Nie potrafie odpowiedziec sobie na to pytanie, co mna kierowalo kiedy chwycilem ja w ramiona i pozwolilem plakac przez nastepne minuty, ktore ciagnely sie w nieskonczonosc. Nie potrafilem tez wtedy nic powiedziec. Kazde slowo, ktore probowalem wypuscic z ust zatrzymywalo sie w krtani. Wszystkie wydawaly sie glupie i trywialne. Po chwili uslyszalem jej cichy glos.
- Czemu mi to robisz? Mieszasz w glowie... - szepnela w moja piers. Westchnalem zastanawiajac sie nad odpowiedzia.
- Tak mnie uczono. - zalosne. Tak zalosne.
- To twoje zycie, masz wiecej mozliwosci. - ledwo rozumialem slowa, ktore wypowiadala.
- Nie wiesz o tym nic, ja nie mam zadnej mozliwosci, Hermiono. Caly moj swiat jest jednym, wielkim planem. Kazdy szczegol podlega ocenie kogos, kto ma wladze nad moim zyciem i smiercia. Nie zalezy mi ani na jednym, ani na drugim...ale nie pozbede sie swojego pietna. - przyznalem zaskoczony wlasna szczeroscia. Z nikim nie rozmawialem o tym, co siedzialo we mnie. Wmawialem sobie, ze silni nie okazuja slabostek, jednak w tamtym momencie panowala jakas dziwna aura, ktora wprowadzala mnie wrecz w trans. Jej cieple cialo z ufnoscia lgnelo do mojego zimnego serca. Kobiety wiecznie pragnely mnie ze wzgledu na fizycznosc i majatek. Moglem je zdradzac, nazywac szmatami, one jednak wiernie byly na kazde moje skinienie. Dopiero ona okazala sie mi blizsza, niz sadzilem. Zupelnie odmienna od swiata, w ktorym zylem, jednoczesnie potrafiaca zrozumiec.
- Draco... - poczulem dreszcz slyszac swoje imie w jej ustach. - Dlaczego z tym nie walczysz? Dlaczego poddajesz sie bez walki, skoro i tak czekasz na stracenie? - podniosla delikatnie glowe patrzac mi w oczy. Czulem pekajace we mnie mury. Mury skladajace sie z cynizmu i obojetnosci.
- Bo nie mam o co walczyc, nie zalezy mi na niczym ani nikim. - przyznalem.
- Dlaczego wiec chciales wiedziec, jak wyglada pobyt w Azkabanie? - wyprostowala sie wbijajac we mnie wzrok. Znow westchnalem niepewny tego, czy chce jej wyjawic prawde.
- Chcialem wiedziec, jak cierpi moj ojciec. Upewnic sie, ze nie zazna spokoju za to, co robil bedac na wolnosci. - przyznalem wstajac. Zatrzymalem sie przy oknie skupiajac swoj wzrok na niklym swietle zepsutej latarni. Kim jestem, skoro zyje wieczna gra pozorow? Sam gubilem sie we wlasnych klamstwach i wymyslach. Nigdy nie wierzylem w te podniosle idee Smierciozercow. Takze slowa matki poddawalem analizie. Byla nieszczera i zamknieta w klatce, ktorej ojciec strzegl niczym cerber. Jedyne, na czym im zalezalo to sluzalstwo i ta cholerna krew arystokracji. Nic wiecej, brak konkretnych ideii i przyczyn. Nie moglem zadawac pytan, to tylko zloscilo ojca. Skurwiel...
- Pokaze ci te wspomnienia, jezeli odnajdziemy Ginny. - glos Granger wyrwal mnie z zamyslenia. Odwrocilem sie prawie wpadajac na nia. Stojac tak blisko dziewczyny dokladnie widzialem zlote promyki w jej teczowkach.
- Niech i tak bedzie. - zgodzilem sie przechylajac lekko glowe. Znow byla harda i opanowana. Odmienna od reszty ludzi.
Patrzylam w jego oczy. O dziwo nie wyrazaly tej malfoyowskiej nienawisci. Wygladaly na zamyslone, zamglone. Ja sama nadal nie moglam otrzasnac sie po tym, jak doznalam od niego az tak duzej dawki zmiennych emocji. Nie znalam go z tej strony i nie bylam pewna, czy podazanie owa sciezka przyniesie dobre efekty. Usmiechnelam sie do niego lekko wyciagajac reke.
- Zawieszenie broni? - spytalam powaznie, jednak czulam dziwne rozbawienie. Na twarzy chlopaka pojawil sie ten sam cyniczny usmieszek, jednak nie mial on w sobie szyderstwa. Widocznie i on podszedl do tego zaskakujaco pozytywnie.
- Zawieszenie. - podkreslil chwytajac moja dlon. - Idzmy spac, dokonczymy rano. - dodal wymijajac mnie i zdejmujac biala koszule. Po chwili koszulka, ktora mial pod spodem rowniez lezala na podlodze. W jej slad poszly i spodnie. Kiedy zostal w samych bokserkach polozyl sie na lozku i jakby nigdy nic zasnal. Patrzylam na niego przez chwile zaskoczona widokiem tak silnego i umiesnionego ciala. Poczulam rumience na policzkach, wiec szybko wyciagnelam z torby szare spodnie od dresu i zgasilam swiatlo. Po chwili spalam juz przykryta cienkim kocem. Motel nie slynal z dobrego ogrzewania, wiec skrecilam sie w klebek i nie myslac o chlodzie wyobrazalam piekne krajobrazy, ktore mialy uwidocznic sie w zblizajacym snie. Po chwili poczulam, jak ktos kladzie sie obok. Podskoczylam jak oparzona. Chlopak lezal obrocony do mnie twarza.
- Po prostu spij. - szepnal okrywajac mnie drugim kocem. Dla bezpieczenstwa przewrocilam sie tak, aby miec go na oku, gdyby chcial wywinac jakis numer. Zauwazylam usmiech na jego twarzy, w ciemnosciach nie bylam niestety w stanie stwierdzic jak bardzo jest szyderczy. Cos cieplego rozlalo sie w moim sercu, kiedy Malfoy zasnal a jego cialo zaczelo poruszac sie w takt miarowego oddechu.
- Dobranoc, Malfoy. - szepnelam.
- Dobrej, Granger. - mruknal usmiechajac sie szerzej. Pokrecilam tylko glowa i po chwili sen zlapal mnie w swoje objecia.
Pisz dalej. Ja czytam Twojego bloga i super jest, ze dodajesz notki tak czesto. Jaram sie szczegolnie ostatnia scena tego posta,dodaj kolejny rozdzial, bo jestem ciekawa co bedzie jak sie obudza! ;d
OdpowiedzUsuń