Rozdzial krotki, ale mialam ostatnio bardzo duzo nauki i nie dalam rady zrobic cos wiecej. Kolejny juz ogarniety, bedzie pewnie w srode:) Bardzo dziekuje Joni za uwage, ciesze sie, ze jestes obecna na tym blogu i dedykuje Ci te notke, cheer up Kochana! ;*
Cieplo. Czulam cieplo okrywajace moje cialo. Nie wiedzialam, skad pochodzi, ale usilnie wmawialam sobie, iz to niebo. W koncu umarlam spadajac do tej pierunskiej fosy i moje zycie ulecialo w dal. Miekkosc otaczala mnie dajac uczucie bezpieczenstwa. Tak pragnelam pozostac w tym stanie i nie otwierac juz wiecej oczu, wolna od trosk i ciezaru rzeczywistosci. Nic nie moglo mnie juz zniszczyc, w koncu dusza jest niesmiertelna a zapewne tylko tyle ze mnie zostalo. Tak przynajmniej sadzilam...
Cos poruszylo sie obok mnie zmuszajac do opuszczenia blogiego stanu. Nieswiadoma otworzylam ociezale oczy i pierwsze co ujrzalam, to zamazane ksztalty. Wokol panowala dziwna jasnosc, jakby wylaniala sie z nicosci. Nie wiem, ile tak wpatrywalam sie w nia, ale po raz kolejny poczulam czyjas obecnosc przy sobie. Skupilam sie mruzac oczy. Obraz zaczal nabierac kontrastu i zrozumialam, ze jestem w jakiejs komnacie oswietlonej magicznymi swiecami wiszacymi pod sufitem. Tak budza sie dusze w niebie? Spojrzalam w bok i o malo nie upadlam na ziemie. Blond wlosy zakrywaly twarz chlopaka, ktory nadal spokojnie spal. Jego twarz pozbawiona byla wszelkich zmartwien i trosk, a cialo poruszalo sie miarowo w rytm oddechu. Lezelismy na lozku okryci puchowa koldra. Nic z tego nie rozumialam, jednak bez zastanowienia dotknelam dloni Malfoya. Mruknal cos przewracajac sie na brzuch i zmuszajac mnie do odsuniecia na koniec lozka.
- Obudz sie. - szepnelam. Moj glos byl slaby, ale najwyrazniej to wystarczylo. Slizgon natychmiast utkwil we mnie spojrzenie swoich stalowych teczowek.
- Co sie dzieje... - mowil rownie cicho jak ja wybudzony ze snu.
- Nie wiem. Ostatnie, co pamietam to spadanie w dol. - znow przekrecil sie na plecy lustrujac pomieszczenie.
- A wiec zyjemy. - zawod w jego glosie zbil mnie z panatyku.
- To zle? - westchnal tylko. A wiec tego pragnal arystokrata. Szybkiej i bezbolesnej smierci. Przytulilam sie do poduszki czujac mdlosci.
- Co ci jest? - spytal przygladajac mi uwaznie.
- Nie wiem, chyba powinnam cos zjesc. - odparlam znow zamykajac oczy.
- To kryjowka Blaise'a. - oprzytomnialam natychmiast slyszac imie Zabiniego. Jezeli taka jest prawda, to moga jeszcze tam byc.
- Musimy ich znalezc. - wstalam szybko podtrzymujac sie oparcia lozka. Zdziwiona zauwazylam, iz mam na sobie bawelniana koszulke i krotkie spodenki. Ktos musial mnie przebrac, kiedy spalam. Moze Ginny.
- Sami do nas przyjda. - mruknal chowajac twarz w dloniach.
- Slucham? - popatrzylam na niego zaskoczona.
- Granger... - jeknal zirytowany. - Nadal nie rozumiesz? - utkwil swoj wzrok w suficie.
- Spadalismy w przepasc, potem obudzilismy sie tutaj. Jest wiele mozliwosci. - zauwazylam.
- To byla iluzja. Zwykla fatamorgana. Wymyslili to, zeby w razie przedostania sie wroga tak blisko mogli go uspic i zabic, lub przetransportowac gdzies indziej.
- Ale skad pewnosc, ze nie opuscili tego miejsca? Moze uratowali nas, ale to wszystko?
- Sa tutaj, czuje to. - westchnal podpierajac sie plecami o sciane.
- I uwazasz, ze tak po prostu mozemy siedziec w komnacie i na nich czekac? - prychnelam. Nie odpowiedzial znow zamykajac oczy. Nie rozumialam, co sie z nim dzialo. Byl inny, pozbawiony wiekszych emocji. Z racji na wrodzona upartosc skierowalam sie do drzwi wyjsciowych. Moze i dla niego nic nierobienie jest wystarczajaco konstruktywne, ale ja musialam w koncu dzialac. Do tego za oknem bylo ciemno, a to oznaczalo ze juz dawno powinnam wrocic do Hogwartu.
- Jest zamkniete zakleciem. - uprzedzil mnie chlopak. Moja reka mimowolnie dotknela klamki i od razu poczulam przeplyw razacego pradu. Odskoczylam od niej klnac pod nosem.
- Skad to wszystko wiesz? - warknelam chodzac nerwowo po pomieszczeniu i wbijajac w niego mordercze spojrzenie. Znow zamilk, co zaczelo doprowadzac mnie do stanu zagrazajacego zyciu innych.
Granger nic nie rozumiala. Kiedy pozwalala swoim emocjom dzialac jej mozg automatycznie przechodzil w stan hibernacji utrudniajac mi tylko zycie. Zadawala glupie pytania, na ktore sama mogla sobie odpowiedziec, gdyby chociaz na chwile usiadla na dupie. Jednak nie, dziewczyna tylko sie nakrecala chodzac po calym pokoju. Z drugiej strony przynajmniej nie widziala w jakim stanie jestem. Pierwszy raz bowiem dalem sie az tak oszukac. Moj umysl byl idealnie rozpracowany przeze mnie samego, dlatego moglem z nim zrobic wszystko lacznie z ustawieniem odpowiedniej tarczy. Zabiniego znalem od wielu lat i widzialem postepy jakie czynil. Dlatego tez zdezorientowal mnie fakt, ze nie przewidzialem jego kolejnego kroku. Iluzja byla tak perfekcyjna, iz moglaby oszukac Czarnego Pana. Nie bylem na to przygotowany.
- Malfoy, skoro jestes tak obeznany we wszystkim, to moze powiesz mi laskawie, co mamy teraz zrobic? - znowu ona. Nie da mi chwili spokoju, juz wolalem spadac w te cholerna przepasc.
- Juz powiedzialem. Przyjda do nas w odpowiednim momencie. - westchnalem znuzony jej gadanina.
- A skad taka pewnosc? - nie dawala za wygrana, sto procent upartosci, zero myslenia.
- Jestes glupia? - nie wytrzymalem. - Pomysl w koncu. Obecnie to jest jedyne miejsce, w ktorym sa bezpieczni. Gdyby chcieli sie nas pozbyc juz dawno lezelibysmy gdziekolwiek indziej. Do tego, gdybys chciala zauwazyc, przebrali nas i umyli. To o czyms swiadczy. Pomieszczenie zostalo zabezpieczone zakleciem, zebysmy nie zrobili czegos glupiego do czasu, az wstana. Niektorzy potrzebuja snu, Granger i szczerze to zaliczam sie do tych ludzi.
- To co powiesz na to? - znow to wyzywajace spojrzenie. - Owszem, pozwolili nam przezyc, jednak zaklecie rzucili tylko po to, zeby miec wystarczajaco duzo czasu na ucieczke. Nie chcieli nas skrzywdzic, wiec zmrozyli snem i trzasneli czar z terminem waznosci. Kiedy rano wstaniemy on zniknie a wraz z tym domownicy. Wiedza, iz ich tropimy i szukaja teraz najlepszego wyjscia, abysmy juz wiecej do nich nie dotarli. - Pokrecilem oczami zirytowany jej niepewnoscia. Ja mialem wazniejsze powody, zeby odnalezc Blaise'a, niz ona wiewiore.
- Rob co chcesz, ide spac. - rzucilem chlodno kladac sie w wygodnej pozycji.
- Dlaczego taki jestes? - westchnela.
- Co? - jeknalem nie zaszczycajac jej nawet spojrzeniem.
- Zlosliwy. - poczulem, jak lozko przyjmuje ciezar drugiej osoby. Dziewczyna usiadla obok przykrywajac sie koldra. Czulem jej wzrok na sobie i nie potrafilem w zaden sposob pozbyc sie dziwnego uczucia, ze czyta ze mnie jak z ksiegi.
- Skad to zaskoczenie? - mruknalem.
- A skad twoje dwojakie reakcje? Nie chcesz upodabniac sie do swojego ojca, a jednak przyjmujesz jego poglady. Fakt, iz uczono cie tego nie odbiera tobie prawa do wlasnych opinii na temat swiata.
- I co w zwiazku z tym? Oczekujesz, ze zaczniemy sie przyjaznic? Ze bede jak wiewior i Zloty Boy wpatrzony w ciebie niczym w obrazek? Granger, opczytomnij. - zaszydzilem.
- Dlaczego mnie pocalowales? - warknela. A wiec o to jej chodzilo.
- Nie pamietam takiej sytuacji. - nie odpowiedziala. Zaciekawiony spojrzalem na nia. Wygladala na zamyslona, czego sie nie spodziewalem. Liczylem na kolejny wybuch zlosci, co moglo byc zwyczajnie zabawne. Ona jednak nic nie mowila, po prostu patrzyla sie w sufit zapewne pograzajac w jakichs konkretnych wspomnieniach. Rozbudzilo to moje zainteresowanie, bo ogladajac umysl Gryfonki przenosilem sie w bardzo prywatny i niecodzienny dla innych swiat. Czulem, ze jestesmy do siebie podobni, groznie chcialem wiecej.
- Powiedz cos. - zazadalem. Nie zareagowala. Podnioslem sie wyzej opierajac plecami o sciane. Utkwilem w niej wzrok. - Powiedz cos, Granger.
- Wal sie... - mruknela ciskajac iskrami. Usmiechnalem sie szyderczo.
- Chetnie, ale nie ma tutaj kibla, a przy tobie to malo mozliwe.
- Kretyn. - pokrecila glowa.
- Czemu jestes taka uparta?
- Bo tylko walczac o cos mamy szanse zblizyc sie do wygranej. Nic nie dostaniemy bezpodstawnie.
- Czyli nie bez powodu twoja matka chciala zabic cie przed narodzeniem a moj ojciec rzucal na mnie crucio, kiedy nie odpowiadalo mu moje zachowanie? To tez bylo nie bezpodstawne?
- Bredzisz... - szepnela lapiac sie za kolana.
- Doprawdy?
- Malfoy, bylismy dziecmi. Teraz mamy mozliwosc podejmowania prawdziwych decyzji.
- Niektore podjeto za nas.
- Kurwa, czy ty musisz wiecznie przypominac o swoim "przeznaczeniu"?! - warknela zla. - To przez to wlasnie nigdy nie osiagniesz pelni sil i wiecznie bedziesz zdany chociazby na takich ludzi jak ja. Nie masz woli walki, co natychmiast dyskwalifikuje cie w kazdej kategorii. - Uderzylem lekko glowa o sciane zmeczony.
- Za bardzo ci zalezy... - westchnalem. Jeknela wzburzona. - Tylko nie wiem, dlaczego.
- Pierwszy raz spotkalam kogos, kto wie czym jest cierpienie. Harry nie zyl najlepiej w swojej rodzinie, ale mogl po prostu od nich odejsc. Do tego jego rodzice sa nadal szanowani i to pociaga za soba wiele rzeczy, ktorych ja nigdy nie doswiadcze.
- Mianowicie?
- Boze, Draco! Nie zadawaj mi takich pytan, bo jeszcze uznam, ze interesujesz sie moim zyciem. - zaskoczyla mnie po raz kolejny w ciagu tych kilku dni zwracajac sie w moja strone po imieniu.
- Odpowiedz po prostu. - szepnalem wyczekujac. Widzialem, jak spina cale swoje cialo bijac sie z myslami. Poczochrala nerwowo wlosy i przemowila.
- Moze dla ciebie pocalowanie kogos nie jest niczym niesamowitym, ale ja nie robie takich rzeczy na codzien. - mowila cicho, ledwo ja rozumialem.
- Czyli juz za pozno... - komplikacje, jak zawsze.
Popatrzylam zaskoczona na chlopaka. Moje serce zamarlo a oddech zaczal ciazyc w plucach.
- Na co za pozno? - szepnelam nie rozumiejac sensu jego wypowiedzi. Popatrzyl sie na mnie zmeczonym wzrokiem.
- Zalezy ci na mnie. To najgorsze, co moglo cie spotkac, Granger. Poparzysz sie jeszcze zanim dotkniesz ognia. - odpowiedzial spokojnie.
- Ogien nie jest grozny dla ognia.
- Ja jestem dla wszystkich. Niose w sobie smierc, ktora czestuje kogo popadnie.
- Nie wierze ci. - westchnelam.
- Bo nie myslisz! - warknal nagle. - Nie widzisz, czym tak naprawde ja jestem! Wydaje ci sie, ze mozesz zmienic swiat, ale to tylko twoje urojenia. Swiat ma wlasne prawa i nic na nie nie poradzisz a zblizajac sie do osob mojego pokroju ryzykujesz jeszcze bardziej. - Wstal agresywnie kierujac sie do okna. Chcial je otworzyc, jednak potraktowalo go tak samo jak mnie drzwi. Zezloszczony podszedl do naszych rzeczy, ktore lezaly na krzesle w kacie i wyjal z zamknietej kieszeni kurtki paczke papierosow.
- Chodz do mnie. - odparlam nostalgicznie. Pominal jednak moja wypowiedz, wiec sama wstalam kierujac sie do blondyna. Obserwowal mnie uwaznie mordujac wzrokiem. Nie wiedzialam, co pcha mnie w objecia tego szowinistycznego arystokraty, ale moje cialo prawie stykalo sie z silna klatka piersiowa Slizgona. Nie odepchnal mnie, wiec dzialalam dalej sluchajac glosu swojego uspionego przez wiele lat serca. Wyciagnelam dlon dotykajac jego policzka, chlodnego i szorstkiego. Dalej tkwil w tym samym miejscu mierzac mnie uwaznie swoimi stalowymi teczowkami. - To ja jestem ogniem.
Genialny rozdział, czekam na następne :)
OdpowiedzUsuńPRZEPRASZAM ;c
OdpowiedzUsuńwybacz mi. błagam moją nieobecność, ale mam wrażenie, że nauczycielom u mnie w szkole pomyliły się roczniki...
Od ponad tygodnie nie miałam czasu nawet spojrzeć na komputer...
Ale wreszcie jestem :)
Po pierwsze: BARDZO dziękuję Ci za dedykację :* Jak ją przeczytałam to się po prostu wzruszyłam :*
Po drugie: Ten rozdział jest wspaniały! Kocham go, kocham Tego bloga, kocham Ciebie <3
Mam nadzieję, że nie zapomniałaś o coffeine cocaine, bo ja czekam na ciąg dalszy.
Trochę się rozpisałam, ale co tam :)
Pozdrawiam, życzę, żeby szkoła ani nauczyciele nie zabili Twojej wspaniałej weny
Twoja Joni (Drowned in the Sky) :*